mem autorstwa Hanny Księżniakiewicz – dzięki uprzejmości autorki

Zmiany w teatrze – i co dalej? Refleksja po Boskiej Komedii

Pierwszy komentarz, jaki ciśnie się na usta po festiwalu Boska Komedia, to pytanie – serio?

W zeszłym tygodniu odbyła się 14. edycja festiwalu Boska Komedia, jednego z najważniejszych i największych przeglądów teatralnych w Polsce. W tym roku festiwal odbywał się pod hasłem Post tenebras lux (po ciemności światło), co miało nawiązywać do coraz trudniejszej sytuacji politycznej i społecznej oraz nadziei na jej rychłą zmianę. Jednocześnie spektaklom z głównego konkursu towarzyszył program Białoruś – odNowa, organizowany wspólnie przez Instytut Adama Mickiewicza i Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, który miał dać przestrzeń artystycznej wypowiedzi białoruskim twórcom oraz umożliwić artystkom (zarówno polskim, jak i białoruskim) otwarcie debaty na temat trudnej sytuacji politycznej Białorusi. Tyle z założeń – wzniosłych i przemyślanych. W końcu przy tak trudnej sytuacji polityczno-społecznej jak ta, w której się znajdujemy, to właśnie sztuka ma ręce pełne roboty i powinna walczyć, by wyprowadzić społeczeństwo z mroku. A jak było w praktyce?

W praktyce była awantura.

Na wstępie wypada mi zaznaczyć, że piszę ten tekst z perspektywy osoby, która wzięła udział w festiwalu – spektakl Klub, który miałam zaszczyt współtworzyć, wygrał w dodatku dwie nagrody w sekcji Paradiso, czyli tej przeznaczonej dla młodych twórców i twórczyń. Jednak paradoksalnie to nie nasz spektakl wprowadził na festiwal temat przemocy w teatrze. Odbyło się to za sprawą dwóch innych wydarzeń: zapowiedzi debaty pod niepokojąco brzmiącym hasłem – #metoo i co dalej? – oraz zaproszenia spektaklu Pawła Passiniego, reżysera oskarżonego w lutym tego roku o przemoc psychiczną i seksualną na próbach do spektaklu dyplomowego w bytomskiej filii PWST Kraków. Już jest krindżowo, a to jeszcze nie wszystko – Paweł Passini nie widniał w programie pod swoim nazwiskiem, lecz pod pseudonimem Ulisses Ghawdex. Dyrektor festiwalu, Bartosz Szydłowski, skonfrontowany przez Igę Dzieciuchowicz z zarzutami ukrywania przemocowców, odpowiedział na jej pytania na swoim Facebooku, wyprzedzając tekst, który miał się ukazać. Finalnie spektakl Passiniego się odbył, dziwna debata o przemocy – nie, a w internecie posypały się liczne oświadczenia i komentarze całego zajścia. Oświadczenie, z którym jako osoba zaangażowana w pracę przy spektaklu Klub się identyfikuję, wydały 4 reżyserki: Anna Smolar, Weronika Szczawińska, Jagoda Szelc, Małgorzata Wdowik.

Wracając do mojej mozolnej próby opisania tego zdarzenia – z początku wydawało mi się dobrym pomysłem (choćby dlatego że wiem, na czyich profilach facebookowych szukać) jednak teraz, kiedy festiwal się zakończył, mam problem ze znalezieniem dobrego komentarza. Jedyne co mi przychodzi do głowy to: serio?

Fakt, że Boska doceniła spektakl o przemocy, najpierw zapraszając go, a potem nagradzając, na poziomie logicznym trochę się jednak gryzie z zapraszaniem kogoś, przeciwko komu wszczęto postępowanie karne. Nie będę tutaj podważać argumentów Bartosza Szydłowskiego, bo nawet wierzę, że rzeczywiście jego intencje były szczere, problem leży jednak w kompletnym niezrozumieniu sytuacji. Dla mnie i osób z mojego pokolenia i środowiska, które startujemy w teatrze z pozycji prekarnej, postulat tworzenia higienicznych warunków pracy wydaje się być czymś podstawowym, a do tego właściwie sprowadza się cała ta dyskusja. Sytuacja z Passinim, poza tym, że przypomina wziętą rodem z serialu Scooby Doo, gdzie na końcu po ściągnięciu maski ujawnia się prawdziwa tożsamość bohatera, pokazuje ogromną przepaść w myśleniu obu stron dyskusji o przemocy w teatrze. Domyślam się, że dla osób żyjących i tworzących wiele lat w starym systemie niektóre decyzje mogą się wydawać zbyt radykalne, ale szczerze – nic to nie zmienia. Rosną w szkołach teatralnych nowe pokolenia aktorek i aktorów, którzy być może dzięki tej zmianie będą mogły doświadczać nowej jakości pracy w teatrze. Finalnie w tej dyskusji można być po jednej albo drugiej stronie tej przepaści. Ja wolę być po tej bez przemocy. Jeśli oznaczałoby to dla kogoś rezygnację z części przywilejów – trudno. W ostatnim czasie w środowisku teatralnym obserwujemy „festiwal dziaderstwa” – nie lubię używać tego słowa, ponieważ ludzie, których ono dotyczy próbują przewrotowo wykorzystać jego potencjał, co w efekcie jest tylko bardziej żenujące, ale posłużę się nim, bo wyjątkowo trafnie opisuje to zjawisko. Pod sławnym już postem Tadeusza Słobodzianka o kołdunach jest już ponad 700 komentarzy, co na poziomie marketingowym działa lepiej dla Teatru Dramatycznego niż jakakolwiek premiera [rozmyślnie nie linkujemy postu Słobodzianka – przyp. red.]. Dla mnie jest to jednak śmiech przez łzy, bo tego typu stanowisko z ust (wciąż jeszcze) dyrektora kompromituje nie tylko jedną instytucję, ale też całe środowisko teatralne. Czy kogoś może więc dziwić radykalne odwrócenie się od prezentowanego przez niego podejścia? Mam nadzieję, że to pytanie może wreszcie pozostać retoryczne.

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.