Zanurzeni w kinie – przegląd filmów nurkowych

Każdemu i każdej należy się urlop, nawet mediaworkerom. Część redakcji Malkontenta wykorzystała swój na niesłużbowy wyjazd na festiwal filmowy. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nawet na wakacjach nie szukali tematu na materiał!

Zainspirowani jednym z wyświetlanych filmów postanowiliśmy opublikować subiektywny zestaw tytułów opowiadających o dziwnej pasji pchania się w skrajnie nieprzyjazne człowiekowi środowisko o stanie skupienia innym, niż zazwyczaj doświadczany przez człowieka.

Oprócz nurtującego pytania o ludzką potrzebę przesuwania granic swoich możliwości w kontakcie z niebezpieczeństwem, temat podwodnych przeżyć przyciąga twórców spragnionych nowych, spektakularnych form. Podwodne barwy, choć przygaszone, są niesamowite, zwłaszcza w świetle zakrzywionych promieni słonecznych, lub snopach z latarek. Człowiek zanurzony w wodzie sprawia wrażenie lewitującego. Ułożenie ciała nurka swobodnie wiszącego w toni, w dodatkowym anturażu niecodziennego stroju i sprzętu, w tajemniczej masce, sprawia majestatyczne wrażenie. Dodajmy do tego oszczędność ruchów – w końcu każdy z nich kosztuje drogocenny tlen.

Wróćmy na na ziemię i przejdźmy do konkretów. Oto wybór sześciu filmów o nurkowaniu.

Czego nauczyła mnie ośmiornica (2020) – reż. Pippa Ehrlich, James Reed

Film znany szerokiej publiczności, bo netfliksowy i oskarowy. Znany i raczej lubiany, choć istnieją głosy, że przeceniony – faworytem do nagrody Akademii był w tym roku równie dobry, a prawdopodobnie bardziej ważki Creep camp (z okropnym polskim tytułem Obóz godności), wyprodukowany przez małżeństwo Obamów. Statuetkę otrzymali jednak Ehrlich i Reed. Trzeba przyznać, że wykonali kawał dobrej roboty – wzięcie się za tak aktualny i wdzięczny temat, jak wspólnota międzygatunkowa, dysponując przy tym funduszami Netfliksa od początku wieszczyło sukces. Jak to w dokumencie, wielka w tym zasługa bohaterów – Craiga Fostera, producenta filmowego szukającego pod wodą ukojenia dla zniszczonej depresją duszy, oraz bezimiennej ośmiornicy, z którą udaje mu się nawiązać niecodzienną więź.

W przestrzeni publicznej co jakiś czas pojawia się temat zdumiewających z ludzkiego punktu widzenia głowonogów. Czym innym jest jednak przeczytać newsa o ośmiornicy Paulu, który typował wyniki meczów piłki nożnej, a czym innym oglądać półtoragodzinny film będący w zasadzie listem miłosnym dla niesamowitej podwodnej istoty.

Tylko z tym listem miłosnym… Mnie film z początku zachwycił, ścisnął za serce i chyba nawet wycisnął kilka łez. Jakiś czas potem natknąłem się jednak na krytykę Craiga Fostera. W końcu gość przez rok nawiedzał kryjówkę dzikiego, niezależnego zwierzęcia, co może budzić wątpliwości etyczne – nie był w końcu bezstronnym, ukrytym obserwatorem podwodnego życia, wchodził ze swą ulubienicą w kontakt fizyczny na tle emocjonalnym. Zaangażował wszystkie uczucia w tę relację, skąpiąc ich własnej rodzinie, w tym nastoletniemu synowi. Po uzmysłowieniu sobie tego faktycznie zwątpiłem w szlachetność jego intencji. Niezależnie od tych perypetii film polecam, choćby do namysłu nad ideą powiązań międzygatunkowych innych, niż bezduszny wyzysk zwierząt gospodarskich, czy hodowanie coraz bardziej schorowanych psów kanapowych. No i nie jedzcie ośmiornic – są nie mniej emocjonalne, niż Wasi pupile, mający tylko cztery odnóża.

Descent (2020) reż. Nays Bahai

Descent – filmowy portret Kiki Bosch. Choć nazwisko brzmi artystycznie, dziedziną tej dziewczyny jest nurkowanie podlodowe na wstrzymanym oddechu. Pamiętacie viralowy filmik, na którym kobieta bije rekord w pływaniu między przeręblami? No więc to wcale nie była Kiki Bosch, a z Descent możemy się dowiedzieć, dlaczego czasem lepiej odpuścić w kwestii bicia tego rodzaju rekordów. Dodatkową korzyścią z seansu może być lepsze zrozumienie tak głośnej ostatniej zimy subkultury morsów. Te motywy, a także kobieta w roli głównej, to tylko niektóre ze znaków epoki, w jakiej powstał film. Słowa takie jak terapia, lęk, czy uważność (mindfulness) pojawiają się w nim zdecydowanie częściej, niż wdechy i wydechy.

Mimo faktu, że psychologiczno-społeczne tło dla perypetii Kiki jest tu szeroko nakreślone, narracja do pewnego stopnia może wywołać wrażenie potwierdzające starą tezę – że tylko zupełne freaki mogą się porywać na tego rodzaju dyscypliny. Jest ono jednak umiejętnie złagodzone przez konstrukcję scenariusza – najpierw poznajemy bowiem ogólnie pojęte korzenie bohaterki, by szybko dostać cios między oczy, i usłyszeć historię jej traumy. Zanim zdążymy utwierdzić się w przekonaniu, że podlodowy freediving jest źle kamuflowaną skłonnością zranionej duszy do autodestrukcji, dostajemy apetyczną porcję informacji z technicznymi aspektami sportu jako daniem głównym, a towarzyszącymi mu emocjami w roli przystawki. W ten sposób osąd motywacji do pchania się w mroźne głębiny zostaje złagodzony, ale zaraz okazuje się, że życie nie pozwoliło Kiki pozostać w tej sielance – o ile można w ogóle użyć tego słowa w odniesieniu do wstrzymywaniu oddechu w wodzie o minusowej temperaturze.

Życiowy zakręt zaprowadził ją, a z nią widza, w miejsce, którego zdawało się brakować w Czego nauczyła mnie ośmiornica: na łono społeczeństwa, by w pracy z ludźmi wykorzystywać swoje niecodzienne doświadczenia. Psychologia, czasem zbliżająca się do obciachowego coachingu, ale nigdy nieprzekraczająca tej granicy, jest zdecydowanie mocną stroną Descent. Szkoda tylko, że film nie różni się od Czego nauczyła mnie… w jednym istotnym szczególe – ukazywania nurkowania na bezdechu jako kolejnej formy terapii dla pogrążonych w kryzysie egzystencjalnym bogatych białych.

Deep love (2013) reż. Jan P. Matuszyński

To dokument głęboki nie tylko z nazwy, ale chyba najbardziej dojmujący z opisywanych. O Janie P. Matuszyńskim wkrótce znów będzie głośno – we wrześniu wejdzie do kin jego Żeby nie było śladów. Zanim jednak zabłysnął fabułami osadzonymi na starych historiach, był bardzo sprawnym dokumentalistą. W 2013 wziął pod swoje skrzydła dwóch nurków, chcących sfilmować swoje zmagania – a było co filmować.

Janusz Solarz to żywa legenda, uznany prawnik i ekonomista, a przede wszystkim instruktor nurkowania ze stażem liczonym w dekadach. Niedługo po pięćdziesiątce jego życie się załamało – doświadczył udaru. Traf chciał, że jego życiowa partnerka, Joanna Hereta, jest terapeutką nurkującą z osobami z niepełnosprawnościami. Choć do pełnej sprawności było wciąż bardzo daleko, Solarz odżywał w basenie, co więcej – wciąż pragnął nurkować. Wraz z instruktorem Arturem Dąbrowskim postanowili zejść na 100 metrów w legendarnym egipskim Blue Hole.

Poprzednie pozycje z listy miały niesamowitych bohaterów, podlegały jednak istotnym ograniczeniom. Zarówno Czego nauczyła mnie…, jak Descent, składają się w większości z podwodnych ujęć, z podłożonym głosem narratorów. Tymczasem Matuszyński towarzyszył swoim bohaterom przez wiele tygodni. W efekcie widzowie są z Solarzem od jego pierwszego zanurzenia na kilka metrów na Mazurach, aż do próby spełnienia egipskiego marzenia. Reżyser pomógł swoim postaciom wznieść pomnik ludzkiej determinacji, która nie miałaby jednak szans bez wsparcia ze strony empatycznego mistrza w swoim fachu Dąbrowskiego, a przede wszystkim Herety. Ta, choć żyjąca w wielkim strachu o partnera i usiłująca wpłynąć na jego decyzję – stumetrowe nurkowanie to wyzwanie dla każdego, a co dopiero dla osoby po wylewie – szanuje jego podmiotowość i wspiera go. Historia godna jest dodatkowo okraszona wspaniałą podwodną sekwencją, do której Matuszyński zaangażował Roberto Rinaldiego. Po seansie polecam wywiad z autorem.

Sanctum (2011) reż. Alister Grierson

Czy ktokolwiek pamięta, że James Cameron ogłosił trzy sequele Avatara? Nie? No właśnie. Oryginał zadebiutował ponad dekadę temu, i był pierwszym filmem reżysera zrealizowanym w 3D. Nie można jednak zarzucić Cameronowi, że nie jest człowiekiem czynu. Oprócz kręcenia najbardziej kasowych filmów świata, gość zajmuje się eksploracją oceanu. Jako trzecia osoba w historii w 2012 zszedł na dno Rowu Mariańskiego. Głębiny, Hollywood, ambicje technologiczne – to wszystko zdecydowanie się rymuje. Reżyser Titanica stworzył co prawda własny podwodny film akcji (Otchłań z 1989), pod lupę wzięliśmy jednak dzieło Griersona, które Cameron wyprodukował.

Sanctum to dreszczowiec z 2011 roku opowiadający o grupie eksploratorów – nurków, wspinaczy i speleologów. Nurkowanie jaskiniowe to strefa zero proszenia się o kłopoty. Jeśli pod wodą coś pójdzie nie tak, a od wyjścia spod niej dzielą nas setki metrów korytarzy i rozwidleń, możemy najwyżej klepać paciorek. Takie ekstremum w połączeniu z mrocznym magnetyzmem wodno-skalnych krajobrazów to marzenie filmowca rozwijającego technikę 3D.

Nie było mi dane oglądać filmu w trójwymiarze, ale przed takim seansem przestrzegałbym entuzjastów przystępujących do pierwszych kursów nurkowych. Sanctum to w zasadzie survival horror. Scenarzyści z lubością odhaczali kolejne osoby z listy tych, którym nie dane było ujrzeć światła dziennego po wizycie w systemie australijskich jaskiń, a reżyser i operator zrobili wszystko, by ich zgony były jak najbardziej widowiskowe.

Po tego rodzaju kinie gatunkowym nie spodziewamy się zaangażowanego przekazu, nie powinniśmy więc żałować braku takowego w Sanctum. Inna sprawa to dialogi i konstrukcja postaci – to już spore pole do popisu dla twórców dzieł rozrywkowych, tu zupełnie niezagospodarowane i zarastające chaszczami. W efekcie film jest tylko efektowną wydmuszką, wartą obejrzenia w charakterze wizualnej i technologicznej ciekawostki. Tak jak nurkowie jaskiniowi potrzebują masy niezawodnego sprzętu, tak widzowie Sanctum powinni być zaopatrzeni przynajmniej w solidne kino domowe, najlepiej z funkcją wyświetlania 3D. W przeciwnym wypadku poczucie zagrożenia może płynąć wyłącznie z ryzyka śmierci z nudów.

Wielki błękit (1988) reż. Luc Besson

Hit nad hity. Nie tylko najsłynniejszy film nurkowy, ale też najbardziej dochodowy francuski obraz lat osiemdziesiątych. Jako film o wielkim audiowizualnym rozmachu, opiewający młodość i indywidualizm, idealnie wpisał się w nurt cinéma du look. Krzykliwy styl przełomu dwóch ostatnich dekad XX wieku walczy o uwagę widza z bezkresem toni i romantycznym szaleństwem bohaterów. Konflikt w warstwie treściowej toczy się pomiędzy trzema wielkimi uczuciami – przyjacielską rywalizacją Enzo Molinariego (Jean Reno) i Jacquesa Mayola (Jean Marc Barr), nieludzkim przywiązaniem tego drugiego do przebywania pod wodą, konkurującym z miłością, którą darzy go nienurkująca i drżąca o bezpieczeństwo ukochanego Johana Baker.

Mężczyźni to znający się od dziecka freediverzy (nurkowie zanurzający się bez sprzętu, na bezdechu), mistrzowie w swoim fachu. Rywalizują o rekord głębokości, otwarcie ryzykując życie. Tymczasem Jacques poznaje Johanę, agentkę zajmującą się ubezpieczaniem jego wypraw. Jak we wszystkich swych filmach Luc Besson sprawnie żongluje tu motywami współczesnej popkultury, a jako nurek o inscenizacyjnej wrażliwości wyciska z tematu wszystkie soki. Są tu wielkie emocje, przekraczanie granic własnego organizmu, zapierające dech zdjęcia, w końcu wielka impreza. Jako ludzie, dla których igraszki ze śmiercią to chleb powszedni, wyznający filozofię go hard or go home, Molinari i Mayol potrafią korzystać z życia, zwłaszcza w takim miejscu, jak sycylijska Taormina. Wy też skorzystajcie i obejrzyjcie. Można w wersji na rynek europejski lub amerykańskiej – pierwsza jest dłuższa i bardziej sentymentalna, druga pogodniejsza. Inne są też zakończenia.

Operacja Piorun (1965) reż. Terence Young

Na koniec proponuję mocno starzoną rzecz – przygody agenta 007 z 1965. Prawie sześć dekad to lata świetlne nie tylko w dziedzinie kinematografii i emancypacji (nawet w bastionie maczyzmu, jakim jest seria o Bondzie, postęp w portretowaniu kobiet jest zauważalny), ale i w nurkowaniu. Ale umówmy się – nikogo, poza najgorętszymi zapaleńcami, nie interesuje analiza stylu pływania i podwodnego sprzętu. Każdy za to doceni elegancję wszechobecnego designu mid-century, estetykę zdjęć i archaiczny, nieco sztywny urok Seana Connery’ego. Nic dziwnego, że film dostał Oscara za efekty specjalne. Jeśli liczycie na bekę z ich nieporadności, będziecie rozczarowani. Przynajmniej w kwestii ujęć podwodnych, bo na pocieszenie można się uśmiechnąć nad otwierającą sceną, w której Bond fruwa z plecakiem odrzutowym. Największym atutem całości jest kulminacyjna podwodna bitwa na harpuny, imponująca rozmachem i montażem. Kręcona jest płytko, więc można się rozsmakować w błękitnym krajobrazie z widoczną jeszcze, choć lekko przygaszoną pomarańczową dominantą skafandrów i skuterów. Lepsze wrażenie w kwestii podwodnego szyku tamtej dekady mógł zrobić tylko Dustin Hoffman w Absolwencie (na zdjęciu).

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.