Wszyscy jesteśmy Plotkarą

Kiedy w 2007 roku wybuchł potężny kryzys finansowy, w Stanach Zjednoczonych pojawił się serial, który miał być odpowiedzią na niedostatek luksusu w codziennym życiu przeciętnej amerykańskiej nastolatki. Były seriale lepsze, bardziej popularne i lepiej zagrane – jednak w „Plotkarze” było coś, co niesamowicie zagrało z panującymi wówczas emocjami.

Rodzice byli zajęci kryzysem, dzieciaki chciały zobaczyć jak to jest być tymi, którzy de facto go wywołali. „Plotkara” była przepełniona bogactwem, niedorzeczna i bardzo sexy. I chociaż końcówkę oglądali tylko ci, których łączył z serialem syndrom sztokholmskim i desperacko chcieli wiedzieć kim jest tytułowa bohaterka to pierwsze trzy sezony zaserwowały nam porządną nastoletnią dramę. Fabuła nie była skomplikowana – kilku uczniów prywatnej szkoły na Manhattanie było obserwowanych i opisywanych na blogu przez tajemniczą „plotkarę”, co wprowadzało dodatkowy zamęt i dramatyzm w ich życie pełne pieniędzy, imprez, seksu i przepięknych ubrań.

Serial skończył się po sześciu sezonach, ostatni z nich był krótszy, bo tak jak podekscytowani byliśmy, kiedy serial się zaczął, tak mieliśmy go już serdecznie dość pod koniec. Twórcy popłynęli za bardzo w absurdalnych wątkach, a publiczność po prostu wyrosła z obserwowania dorosłych ludzi, którzy nadal zachowują się jakby byli w liceum. Na znaczeniu przybrała też refleksja społeczna nad tym, co tak naprawdę znaczą tak duże pieniądze i zaczęło być nam trochę niezręcznie oglądać osoby, które prawdopodobnie zostały wychowane przez tych przeciwko, którym protestujemy w social mediach i na żywo. Same social media zabiły też „plotkarę” – teraz każdy z nas umieszcza w sieci świadomie to, co chce przekazać światu, a uczucie bycia śledzonym towarzyszy każdemu obywatelowi ze smartfonem i nie ogranicza się tylko do jakkolwiek rozumianej „elity”.

I chociaż wydało się, że końcówka i wyjawienie, kto był tytułową bohaterką zabiła resztki zainteresowania serialem to okazało się, że jest coś, co jest w stanie przywrócić koncept do życia. Są to, o ironio, pieniądze. Obecnie trwa „wojna streamingowa”, w której rozmaite platformy prześcigają się na atrakcyjność oferty. Jak najłatwiej ich przyciągnąć? Tym, co już znają i kochają. Netflix, HBO i Amazon dobrze wiedzą, że na niczym nie zarabia się tak dobrze jak na nostalgii. Dzięki temu w przeciągu ostatnich lat dostaliśmy kontynuacje lub retellingi takich kultowych dzieł jak Gilmore Girls (Kochane kłopoty), Słowo na L, Pełna chata czy dodatkowy odcinek Przyjaciół (który de facto nim nie był). Na tej fali dostaliśmy reboot ulubionej dramy dziewczyn z pokolenia millenialsów i starszych zoomerek. Dostaliśmy nową „Plotkarę”.

Pomysł na fabułę jest prawie taki sam – znowu obserwujemy bardzo bogate dzieciaki, a anonimowa „plotkara” wyciąga na jaw ich sekrety. Różnicą jest to, że od początku wiemy, kim jest autorka anonimowego konta – tutaj tradycja została podtrzymana, gdyż pomysł jest równie absurdalny, jak i rozwiązanie ujawnione na końcu pierwszej wersji. Jednak serial ten znacząco odbiega od oryginału. Przede wszystkim – jest po prostu nudny. Po prostu. Podczas, gdy w pierwszej „Plotkarze” mogliśmy zaspokoić naszą potrzebę na serial młodzieżowy (jeśli byliśmy młodsi i wierzyliśmy, że tak wygląda nastoletniość) lub rozrywkę z kategorii guilty pleasure (jeśli przeżyliśmy już nasze nastoletnie lata i wiedzieliśmy, że rzeczywistość jest dużo nudniejsza) to wersja HBO Max nie wzbudza żadnych emocji. Równie dobrze mogłoby go nie być – po każdym odcinku miałam poczucie, że gdybym nie obejrzała kolejnego to nic by się nie stało. Serial ma zresztą 6 odcinków, co wydaje się ilością idealną na wieczór binge-watchingu. Nie wiem, czy komuś się to udało, ale jeśli tak to zastanawiam się, czy gratulować, czy współczuć.

Sam serial nie jest zły, a wiele wątków ma potencjał. Jest on tylko boleśnie wręcz niewykorzystany. Na przykład – widzimy, że uczniowie wracają do szkoły po roku zdalnego nauczania, a więc pandemia miała miejsce w tym uniwersum. Zostaje to jednak skomentowane kilkoma zdaniami nauczycieli o lekcjach na zoomie podczas kiedy byłaby to okazja do eksploracji nierówności w tym jak spędzali lock down najbogatsi, a jak zwykli śmiertelnicy. Poza tym serial z jednej strony chce umieścić wątek pandemii, a z drugiej strony wszystko poza komentarzami rzuconymi raz na jakiś czas i jednej scenie, gdzie pojawiają się maseczki jest takie jak w rzeczywistości przedpandemicznej – być może lepiej byłoby porzucić ten wątek w ogóle niż próbować go umieścić na siłę. Większość wątków zresztą jest potraktowana pobieżnie i o ile pierwsza „Plotkara” mogła sobie na to pozwolić – po pierwsze była, a po drugie bohaterowi żyli życiem zupełnie odrealnionym od tego, co zna przeciętny widz, więc nikt nie wiedział, jak wyglądają takie problemy – to tutaj wychodzi to bardzo nijako. Nowa „Plotkara” nie wie, czy chce być „Euforią” czy „Dynastią” – jest zbyt miałka, żeby powiedzieć coś nowego, ale traktuje się zbyt poważnie, aby oglądać ją z przymrużeniem oka. Nie wiem też do kogo ma być skierowany serial – fani pierwszej wersji prawdopodobnie będą mieli uczucia podobne do moich. Poczują, że ktoś wykorzystał ich nostalgię i dał im ciężkostrawny zamiennik. Młodsze osoby, które nie pamiętają Blair i Sereny zapytają, czemu mają oglądać perypetie Julien i Zoyi skoro mają one mniej charyzmy niż przeciętne warzywo, a o ich rzeczywistości dużo lepiej opowie wspomniana wcześniej „Euforia” czy bardziej humorystyczne „Sex education”. Jeśli chodzi o humor to niektóre momenty, w których pojawia się w serialu są dobre i żałuję, że koncepcja produkcji nie była bardziej satyryczna – pokazanie zblazowanych dzieciaków, które pozornie przejmują się problemami społecznymi i wychodzą na protest zaraz po wydaniu rocznej pensji przeciętnego obywatela na jednych zakupach, wydaje się być oczywistym pomysłem na satyrę. Jednak dobrych momentów humorystycznych jest niewiele, a dużo żartów (ekhm, sceny z nauczycielami) wzbudza ciary żenady.

Druga wersja „Plotkary” stara się rozwiązać problemy pierwszej serii – jest dużo bardziej inkluzywna, nie jest już tak biała ani hetero. Chcę powiedzieć jasno: to jest super. Ale dlaczego w serialu o najbogatszych dzieciakach Nowego Jorku z każdej strony twórcy chcą pokazać, że chociaż urodzili się oni w bogatych rodzinach to są oni ŚWIADOMI I DOBRZY? Nie chodzi mi o to, żeby bagatelizować protestowanie i zaangażowanie polityczne osób bardziej uprzywilejowanych, ale efekt jest podobny jak piosenka „Imagine” nagrana w czasie lock downu. Tym, co najbardziej urzekało w pierwszej „Plotkarze” było to, że bohaterowie nie kryli się z tym, że problemy społeczne ich nie dotyczą, bo z taką ilością pieniędzy zawsze sobie dadzą radę. Oczywiście, było wiele wątków, które z dzisiejszej perspektywy uznaje się słusznie za szkodliwe, zwłaszcza w produkcjach przeznaczonych dla nastolatków, jednak serial był mocno eskapistyczny. HBO Max próbowało pogodzić ducha poprzedniej wersji z obecnymi zainteresowaniami problemami społecznymi generacji Z, a tych dwóch rzeczy niestety nie da się pogodzić. Jest też co najmniej kilka młodzieżowych seriali na platformach streamingowych, które robi to dużo lepiej – dlaczego więc mamy oglądać nową „Plotkarę”?

Jeśli chodzi o aktorstwo to również mam poczucie ogromnego rozczarowania. Między bohaterami nie ma chemii, a wszyscy są irytujący i to w taki sposób, który nie wzbudza sympatii. Jedyną postacią, która zasługuje na uwagę jest Audrey – hołd złożony Blair Waldorf z pierwszej wersji, zarówno charakterologicznie, jak i poprzez imię (Audrey Hepburn była ulubioną aktorką Blair) czy sposób grania Emily Alyn Lynd, który manifestuje wiecznie niezadowolenie ze świata. Jednak jedna 19-latka to za mało, żeby pociągnąć cały serial i mimo mojej sympatii do tej bohaterki, uważam, że jest dużo mniej ciekawym i przerysowanym hołdem niż odrębną postacią, która wzbudzałaby emocje. Między aktorami nie ma takiej chemii jaka była między Chuckiem i Blair, która pozwoliła milionowej publiczności przymknąć oko na ich wysoce toksyczny związek. Tak samo estetyka serialu jest właściwie żadna – w pierwowzorze główną rolę grał Nowy Jork, a kostiumy pozwalały czerpać estetyczną przyjemność z każdej, nawet najgorzej napisanej sceny. Był taki czas, w którym Blair i Serena były najlepiej ubranymi osobami w amerykańskiej telewizji, a tysiące nastolatek zaczęło kupować opaski do włosów i spódniczki w kratkę, żeby się do nich upodobnić. Dzisiejsza „Plotkara” raczej naśladuje nastolatki z Tik Toka niż inspiruje, a Nowy Jork równie dobrze mógłby być innym miastem – właściwie go nie ma. W 2007 przeciętna widzka mogła chociaż popatrzeć na bohaterki, które dzięki pieniądzom otaczały się pięknymi wnętrzami i ubierały kunsztownie wykonane ubrania. Teraz duże pieniądze to po prostu duże pieniądze i nic poza tym, a przynajmniej nic dobrego.

Tak, jest to recenzja z gatunku „kiedyś to było”, ale nie dlatego, że chcę powrotu do przeszłości. Wręcz przeciwnie – bardzo go nie chcę. Cieszę się, że widzimy nierówności w społeczeństwie, dużo mniej się cieszę z tego, że gigantyczne firmy na tym zarabiają. Pokolenie „Plotkary” dorosło, a następne nie wydaje się być zainteresowane bajką o bogatych rówieśnikach, bo ma rewolucję do przeprowadzenia. Kiedy chcemy zainteresować się absurdalnymi intrygami ludzi, którzy mają „za dużo” czasu wracamy do starej „Plotkary” otuleni przyjemnym kocem nostalgii i tęsknoty za czasami, kiedy nie byliśmy tak świadomi – ani tego z jakimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć, ani tego jak wygląda „prawdziwe życie”. Zastanawia mnie dzisiejsza moda na przepisywanie wszystkich historii na nowo. Czy to tylko skok na pieniądze i decyzja podyktowana poczuciem bezpieczeństwa, że obejrzą to starzy fani, chociażby z ciekawości? Czy kryje się za tym coś głębszego, pewnego rodzaju wyczerpanie mnogością produkcji, które serwują nam platformy streamingowe każdego miesiąca, poczucie, że wszystko już było? Uważam, że nowa wersja „Plotkary” jest przykładem na to, że do pewnych rzeczy się nie wraca. Ostatni sezon pierwszej wersji pokazał, że pomysł się już wyczerpał, a czasy zmieniają tak szybko, że serial zaczął się w innej rzeczywistości niż się skończył. Niektóre dzieła kultury są znakami swoich czasów, a ich sukces jest po części rezultatem tej jednorazowości i idealnego wpisania się w czasy i emocje widzów. Kultowa bohaterka nie tylko serialu, ale i popkultury, Blair Waldorf na komentarz swojej przyjaciółki o tym, że nie każdy chce być jak ona, odpowiedziała „nie każdy może być”. Ja następczyń nie widzę.

xoxo

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.