Sąsiedzi czy niewolnicy? “Zwierzęta w Warszawie” w Muzeum Warszawy

materiały prasowe

“Zwierzęta były i są obiektem wierzeń i przesądów, rozrywką i zabawą, widowiskiem, towarzyszami broni, przedmiotem polowań, nauki i sztuki, bohaterami literatury, źródłem wynalazczości, naszymi domownikami, sojusznikami, wrogami, przyjaciółmi – wszystkim”*

Odpowiedź na pytanie “skąd wywodzi się postrzeganie zwierząt w kulturze Zachodu?” nie jest zaskakująca. Nasze poglądy w dużej mierze czerpią z tradycji arystotelesowskiej oraz judeo-chrześcijańskiej. Według tej pierwszej rośliny istnieją dla zwierząt, zwierzęta dla człowieka. To my – ludzie – mamy nad wszystkim kontrolę. Taką narrację od początku wzmacniała w człowieku religia chrześcijańska.

Dziś przyjmujemy inną perspektywę. Dominująca dotąd postawa antropocentryczna stopniowo się kompromituje. Natura wielokrotnie udowodniła, że człowiek jest od niej zależny – jest jej częścią. Świat ludzki koresponduje ze światem zwierząt, są względem siebie równoległe. Chociaż przestrzeń miejska wydaje się podtrzymywać podział natura-kultura, to w rzeczywistości jest ona domem dla wielu nie-ludzkich istot. Coraz częściej mówi się o międzygatunkowej teorii miasta, zaproponowanej przez profesorkę urbanistyki Jennifer Wolch. Uważa ona, że miasto jest przestrzenią różnorodnych spotkań międzygatunkowych. W tym ujęciu człowiek występuje jako jeden z wielu aktorów, który ma jednak duży wpływ na to, czy przestrzeń, którą tworzy będzie przyjazna i otwarta na pozostałych. Na codzień nie myślimy o tym jak blisko nas znajdują się inne gatunki. Jesteśmy zapatrzeni w naszych pupili, kochamy psy i koty, chcemy z nimi żyć, traktujemy je jak własne dzieci. Kiedy jednak wytężymy nasze zmysły, możemy dostrzec zdecydowanie więcej. Pszczoły, żaby, jeże, jaskółki, tkacze nazywane towarzyskimi wróblami, gołębie, nietoperze – to tylko niektórzy z naszych sąsiadów. Wydaje się, że nasza ciekawość innych gatunków zdecydowanie wzrasta, a wraz z nią coraz głośniej mówi się o prawach zwierząt.

Kultura i sztuka nie pozostają obojętne na świat nie-ludzi. Muzea i galerie powoli stają się przestrzeniami otwartego dialogu międzygatunkowego. Aktualnie w Muzeum Warszawy możemy zobaczyć wystawę Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji. Wystawa składa się z pięciu części. Każda z nich odnosi się do innego rodzaju relacji zwierzęcia z człowiekiem. Przechodząc między kolejnymi salami stopniowo odkrywamy złożoność tych powiązań.

Historia zwierząt jest w pełni zdominowana przez człowieka. Kolejne sale stanowią różne oblicza ludzkiej dominacji względem nie-ludzkich sąsiadów. Z jednej strony możemy zobaczyć zwierzęta pod postacią towaru, ekskluzywnych dodatków, z drugiej – pamiątkowe fotografie znanych postaci z ich ukochanymi pupilami. Narracja wystawy jest czysto historyczna, ekspozycja prowadzi nas przez kolejne stulecia wyzysku zwierząt przez człowieka.

Nie brakuje jednak pozytywów. Niektóre eksponaty rozczulają, jak wspomniane wyżej zdjęcia z pupilami. Wśród nich znajdziemy Juliana Tuwima z psem Dżonciem, Oskara Hansena z gołębiami, czy zdjęcia słynnej świnki Lily. Kuratorzy zdecydowali się poświęcić część przestrzeni również dla tych dzikich sąsiadów, a wśród nich możemy zobaczyć zdjęcia, instalacje, czy video w roli głównej z dzikimi kotami, ptakami, owadami. Wystawa jest duża, chce się powiedzieć, że wręcz przeładowana. Nie da się ukryć – temat można uznać za niewyczerpany.

Towarzyszący mi przed wejściem na wystawę entuzjazm opadł, gdy weszłam do sali poświęconej myślistwu. Przewijające się w poprzednich salach treści moralizatorsko-edukacyjne nagle zanikły. Ta jedna w została wypełniona wypchanymi zwierzętami. W przewodniku towarzyszącym wystawie kuratorzy zaznaczają, że przestrzeń z “trofeami” jest salą otwierającą. Osobom wysoko wrażliwym doradzałabym jej ominięcie, a co najwyżej pozostawienie jej na sam koniec, tak, aby nie stracić przyjemności z oglądania reszty ekspozycji. W żadnych materiałach nie ma uzasadnienia, dlaczego twórcy ekspozycji zdecydowali się na wykorzystanie spreparowanych zwierząt.

Gdyby ominąć tę salę, można śmiało powiedzieć, że Muzeum Warszawy wykonało świetną robotę. Zwierzęta Warszawy to ważki temat, który w tej formie ma szansę dotrzeć do osoby spoza przestrzeni współczesnych galerii sztuki, gdzie już od dłuższego czasu podejmuje się tematy wspólnoty międzygatunkowej. Próbuję znaleźć sens tej sali, tych wypchanych zwierząt, które tłoczą się na sobie, ale nie jestem w stanie. Znajduje się w niej obraz o tej samej tematyce – martwa natura z trofeami myśliwskimi. Dlaczego nie postanowiono pójść w tym kierunku? Dlaczego na wystawie, która ma na celu pobudzać w odbiorcy empatię do innych gatunków, pokazuje się ich martwe ciała i wiesza poroże?

W opisie sali zamiast komentarza do tego rodzaju praktyk widnieje tylko stwierdzenie, że myślistwo i kolejne zdobycze były “symbolem panowania władcy nad światem przyrody”.  Deklaracje kuratorów o tym, że jako ludzie “nauczyliśmy się przyjmować perspektywę zoocentryczną, empatyczną i nieinstrumentalizującą” nie pokrywają się z treścią Zwierząt Warszawy. Czy to właśnie przez brak zrozumienia, empatii, jedna z sal wystawowych stała się przykrym widowiskiem martwych ciał? Czy nie jest to gest upodmiotowienia?

Uważam, że jeszcze się nie nauczyliśmy, co najwyżej wciąż uczymy się jak zerwać z antropocentryczną wizją świata. To oczywiście krok w dobrą stronę – pytanie, czy nie jest niewczesny.

*- K. Łukaszewicz, Ogrody zoologiczne. Wczoraj, dziś, jutro, Warszawa 1975, s.10. 

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.