Profesor prawa, fast food i studio produkcyjne zjednoczeni w wyzysku. Co zrobić z aferą wokół Papai?

ilustracja autora

O Macie jak dotąd wspomniałem tu raz, w jedynym w zasadzie kontekście, który uważam za społecznie wartościowy w całej jego kreacji. Mata ***** ***. Cały tekst skwitowałem stwierdzeniem, że to bardzo dobrze. I zdania nie zmieniam.

Jakie wiadomości o Matczaku dominowały przekaz w ostatnim tygodniu? To zależy, o którym. Młody zaczął reklamować globalny fast food wyzyskujący ludzi i planetę, stary zaczął po prostu reklamować wyzysk – opisując wyższość ludzi pracujących szesnaście godzin na dobę, od tych, którzy nie chcą tego robić.

Kolejny tekst, który tu opublikowałem, dotyczył strajku w Trzemesznie, i wyrażał potrzebę reprezentacji takich wydarzeń w mediach, które mają szansę dotrzeć do mas – na przykład w rapie. Tyle, że rynek medialny sam tworzy sporo patologii pracowniczych. Słynne 16 godzin pracy wychwalane przez Starego Matę to chleb powszedni dla twórców teledysków jego syna.

Niedawno dostałem ofertę współpracy przy kostiumach do klipu, takiego, który potem miał licznik wyświetleń ośmiocyfrowy. Budżet, jaki miał wystarczyć ubranie kilkunastu postaci, był czterocyfrowy, i to z niższych rejestrów skali 1000 – 9999. Ile cyfr miało proponowane wynagrodzenie? Zero. Przepraszam – w zasadzie dokładnie nie wiadomo. Gdyby coś zostało z budżetu, ja i osoba w kostiumach partnerująca moglibyśmy to sobie wziąć. Gdyby nie zostało – mielibyśmy do portfolio.

Piszę o tym, bo uważam, że trzeba. Jestem w komfortowej sytuacji, bo nie mam jutro dnia zdjęciowego, nie biegam po sklepach, by zaopatrzyć się w rekwizyty, ani ubrania z sieciówek służące za kostiumy, które potem trzeba byłoby zwracać. Nie buduję scenografii na złamanie karku, ani nie odsypiam dwudziestu godzin, które spędziłem na nogach w tego typu robocie. Ale robiłem to wszystko, i wiem, ile energii życiowej to zabiera, i jak bardzo jest to nie w porządku.

Dlatego nie mogłem nie zainteresować się calloutem Jana Śpiewaka na studio Papaya Films. Śpiewak wytknął firmie hipokryzję, jako że Papaya deklaruje dążenie do zeroemisyjności, nie mając równocześnie problemu z produkcją reklamy dla korporacji zużywającej rocznie 7 milionów ton wołowiny. Następnie ujawnił wiadomości, w których pracownicy i klienci firmy skarżą się na nieterminowe wypłaty, na godziny pracy z kosmosu (dzień zdjęciowy trwa dwanaście godzin, trzeba dojechać, potem zrobić zwijkę i wrócić, nadgodziny są nagminne i w zdecydowanej większości niepłatne) i na wymóg posiadania macbooków, których pracodawca nie zapewnia. Czy wobec tego Papaya jest zła? Tak. Czy jakkolwiek odstaje to od branżowych standardów? Nie.

Kacper Sawicki, prezes Papaya Films, wystosował odpowiedź w tonie “nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”, opublikowaną w serwisie wirtualnemedia.pl. W Papaya Films wartości takie jak szacunek i akceptacja dla drugiego człowieka, promocja różnorodności, inkluzywność i dialog, odpowiedzialność ekonomiczna nie są sloganem. Trwale naprawić nieprawidłowości możemy jedynie systemowo. Dlatego wprowadzamy rozwiązania i przeciwstawiamy się mobbingowi i wszelkim patologiom.

To dobrze, że rozpoznawalny aktywista udzielił swoich kanałów, by nagłośnić sprawę tragicznych warunków pracy, jakie obowiązują w branży reklamowo-filmowej. Gorzej, że ten temat nie jest specjalnie nośny wewnątrz branży. W każdym razie nie na tyle, żeby trwała walka o jakieś radykalne zmiany. Owszem, po sieci krąży petycja do prezesa PISF-u o skrócenie dni zdjęciowych do jedenastu godzin. Ale ani prezes PISF nie ma mocy, by komukolwiek takie ograniczenia narzucać, ani nie byłyby one rewolucyjne – umówmy się, jedenaście godzin z dużą szansą na niepłatne nadgodziny to nie są warunki godne XXI wieku.

Wiosną 2020 reżyserka Jagoda Szelc pisała o “proletariacie planu”scenografkach, charakteryzatorach, kostiumografkach, scripterach, techniczkach obsługi kamery i dźwięku, dyżurnych, kierowniczkach planu, budowniczych dekoracji, rekwizytorkach, technikach obsługi agregatów, kierowczyniach, klapserach, asystentach etc. Czy tekst odbił się echem? Niespecjalnie. Owszem, miał trochę udostępnień, ale po chwili wszyscy zapomnieli. Jedyną wyraźną reakcją była polemika dźwiękowca Pawła Uszyńskiego. Czy słuszna – tu znów można polemizować, nie sposób jednak nie zauważyć, że pisanie o proletariacie, o “nich” – w trzeciej osobie – jest problematyczne.

Niestety, ze świecą jednak szukać tekstów o wyzysku w branży filmowej pisanych w pierwszej osobie. A dopóki nie powstaną – teksty, ale przede wszystkim wyzyskiwane osoby – nic się nie zmieni. Ani Jagoda Szelc, ani Janek Śpiewak nie zbawią świata w pojedynkę. Filmowcy – łączmy się!

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.