Pink Floyd, Berlin i Usnarz Górny

Yann Forget – Juggling on the Berlin Wall on 16. November 1989

Pytania, czym można zapełnić pustkę – efekt wyrzutów sumienia spowodowany przez ogólnoświatowe klęski głodu i ubóstwa, spotykają się propozycjami kupna nowej gitary, większego samochodu, kreowania konfliktów, konstruowania bomb; zakopywania kości, rozbijania rodzin, trenowania psów, wyścigów szczurów, wypełnienia poddasza pieniędzmi i nieodpoczywania nigdy z plecami opartymi o mur.

Ikonografia i społeczny wydźwięk budowania międzyludzkich zapór lądowych jest mniej więcej tak stara jak nasza cywilizacja. Od Muru Chińskiego, który miał chronić przed najazdem militarnym, przez przebiegające przez całą Bretanię umocnienia Wału Hadriana, siatki mającej na celu kontrolę migracji Dingo w Australii aż do Trumpowych fantazji o budowie własnego betonowego pomnika. To uwierające dziedzictwo mamy też znacznie bliżej, w postaci Muru Berlińskiego, muru Getta Warszawskiego lub zapór na granicy z Białorusią. Nie zawsze stają się one przedmiotem zainteresowania artystów. Z początku The Wall napisany przez Pink Floyd w 1979 roku o dziwo nie był trawestacją rzeczywistego muru, a artystyczną parafrazą. (Do polityki dochodzę na końcu, obiecuję.)

Główna idea The Wall, przynajmniej u jej korzeni, to odgrodzenie się artysty od widza poprzez niematerialną barierę statusu społecznego i własnego ego. Waters po odbyciu wielkiej stadionowej trasy koncertowej uznał, że pomiędzy nim a widownią jest niewidzialny mur, który z niego robi wyłącznie przedmiot widowiska, a tłum alienuje jako wielką masę. Muzyk miał pogrążać się w depresji z powodu utraty bezpośredniego kontaktu, który był zdecydowanie łatwiejszy podczas bardziej awangardowej fazy rozwoju zespołu. Ciekawym odniesieniem tutaj jest chociażby kultowy już koncert Live at Pompei, kiedy grupa zagrała w 1971 koncert w pompejańskim amfiteatrze wyłącznie dla ruin. Odbiegając trochę od tematu, powstało wtedy jedno z najciekawszych nagrań utworu Echoes – hipnotycznej i surrealistycznej kompozycji korzystającej z nawiązań sci fi do dna oceanu – bajka.

Wracając za mur, całość albumu ubrana jest w parę motywów. Pierwszy – totalitarny – odwołuje się do ego artysty. In the Flash otwiera kompozycję pokazując ironiczny stosunek do widza, kiedy w retorycznych pytaniach wskazuje na wyższość artysty nad zbiegowiskiem rządnym zabawy. Później przechodzimy przez fazy autobiograficznej traumy Watersa związanej z II wojną światową, która wprowadza tło dla dalszych transformacji głównego bohatera. Dalej antyestablishmentowa część, którą nuci każdy taksówkarz w korku, czyli Another Brick in The Wall, w końcu – główna narracja. Przez różne epizody depresyjne i tożsamościowe główny bohater staje się właśnie tym potworem, którego się obawiał. W koncertowych edycjach Waters wychodzi ubrany w długi skórzany płaszcz, w ciemnych okularach wykonywać salut dwóch skrzyżowanych przedramion – młotów. Sprytne połączenie estetyki nazistowskiej z sierpem i młotem. Jednocześnie wątek totalitarny spotyka się z antyestablishmentowym, ponieważ młotki mają być narzędziem do równania społeczeństwa i kształtowania postaw, czego wątek uosabia postać nauczyciela.

Wyrwą, która daje mylne wrażenie pękania muru, jest oczywiście utwór Comfortably Numb – zbudowany na kontraście melodycznym spektakl cienia i światła, różnicy pomiędzy idylliczną narkotyczną wizją, a rzeczywistością. Najlepsze wydania tego utworu wyszły jednak podczas tras Floydów już po rozejściu się z Rogerem Watersem. Wirtuozerskie solo w tym przypadku dominuje nad wydźwiękiem symbolicznym tekstu i dopiero pod palcami Davida Gilmoura wybrzmiewa tak, że można się autentycznie tym zachwycić. Waters podchodzi z mniejszym namaszczeniem do pojedynczych utworów w swoim całościowym widowisku, stąd kolejni gitarzyści sesyjni wyłącznie starali się naśladować wrażliwość Gilmoura, co raczej nigdy nie wyszło ciekawie.

Ale to nie wirtuozeria gitary, ani parodia totalitaryzmów zbudowała The Wall, tylko bardzo bezpośrednie potraktowanie metafory podczas kreowania koncertów. Zgodnie z biegiem pierwszego aktu przed muzykami na scenie pojawiają się kolejne cegły, które odgradzają artystów od widowni. Jedna po drugiej, aż w końcu na zakończenie pierwszej części mur zostaje domknięty. Wzbogacony teatralnymi wstawkami, które podkreślają paranoję Pinka i popadanie w tyraniczne faszystowskie nastawienie wobec świata dążą do procesu sądowego, gdzie wszystkie symbole użyte wcześniej spotykają się w jednej wielkiej karykaturze wizualno-muzycznej.

Po 40 latach od premiery nie ma co dyskutować w kategorii spoilerów, dlatego pewnie nie zdziwi was, że mur na koniec spektaklu upada i wychodzi zza niego grupa muzyków. Jedynym hakiem jest klamra kompozycyjna, która ostatni utwór wieńczy początkiem pierwszego. To zapętlenie sugeruje popadnięcie w spiralę bez końca.

Najważniejszym aktem w historii całego albumu nie było jednak jego powstanie, ani nawet pierwsza trasa koncertowa. Najważniejszym momentem jego istnienia było przeniesienie go w rzeczywistość, nadanie mu znaczenia innego, niż metaforyczne.

Ledwie w osiem miesięcy po upadku Muru Berlińskiego Roger Waters organizuje koncert na Placu Poczdamskim. Przestrzeń, którą jeszcze niedawno dzielił realny mur zmienia w widowisko, które już od tamtego momentu nie pozostało abstrakcyjnym problemem relacji artysty z widzem a ilustracją mechanizmów władzy i propagandy. Na koncert w Berlinie sprzedano 200 tysięcy biletów, jednak finalnie otwarto bramki dla wszystkich, co mogło powiększyć widownię nawet do 700 tysięcy. Urodzić się miałem dopiero za 7 lat, jednak nawet oglądając nagrania z tego wydarzenia można mieć ciarki na plecach. Stojąc de facto na wciąż żywej historii Muru Berlińskiego Waters wychodzi na scenę w towarzystwie czerwonych flag przypominających jednoznacznie nazistowskie symbole. Będąc nie więcej niż kilometr od miejsca, gdzie zastrzelił się Hitler, wystawia wielkie, antywojenne, antysystemowe widowisko, które ostatecznie ma markować koniec konfliktu toczącego Europę przez ponad pół wieku. Waters oczywiście nie przyłożył się znacznie do rozwiązania tego problemu, a jedynie położył wisienkę na szczycie tortu, spijając śmietankę kapitału symbolicznego, którą Mur Berliński tworzył samoistnie przed długie lata. Jednak, kulminacja widowiska jest wzruszająca. Z grubsza pół miliona ludzi krzyczących „zburzyć ten mur” w kierunku sceny ma w sobie namiastkę kulturowego katharsis. Zwłaszcza, że na kartonowym murze wyświetlone zostały grafitti i łączenie betonowych płyt z Muru Berlińskiego. Nie umiem stwierdzić w żadnym stopniu, na ile The Wall zintegrowało albo zmieniło kulturę w tamtym skrawku świata. Chciałbym wierzyć, że nawet jeśli nie zmieniło się nic realnego, a Waters dwa dni później posprzątał scenę i wszyscy wrócili do „business as usual”, to tamten moment może pozostać w świadomości wielu ludzi jako pacyfistyczny manifest na gruzach tragicznych błędów. Na pewno jest niesamowitym widowiskiem, gdzie Sinead O’Connor, Cindy Lauper, Van Morrison, Paul Carrack i Bryan Adams mogli spotkać się w jednym miejscu, co możemy oglądać dzisiaj nawet na YouTube.

Kolejna dygresja muzyczna. Paul Carrack zaśpiewał otwarcie drugiego aktu, czyli słynne Hey You. Do dzisiaj mam wrażenie, że jest to najbardziej przejmujące wykonanie tego utworu, jakie zostało zarejestrowane. Zjadany tremą stara się dokładnie wyśpiewać każdą nutę. Ten stres zaowocował bardzo bogatym emocjonalnie nagraniem, które chwyta za serce niemal za każdym razem. Drugi akcent to właśnie fantastyczny segment z Bryanem Adamsem, w tym chyba najważniejsze dla współczesnego przesłania całości Empty Spaces – manifest pustki i próżności kapitalistycznego świata. Pytania, czym można zapełnić pustkę – efekt wyrzutów sumienia spowodowanych przez ogólnoświatowe klęski głodu i ubóstwa, spotykają się propozycjami kupna nowej gitary, większego samochodu, kreowania konfliktów, konstruowania bomb; zakopywania kości, rozbijania rodzin, trenowania psów, wyścigów szczurów, wypełnienia poddasza pieniędzmi i nieodpoczywania nigdy z plecami opartymi o mur. Zazwyczaj ten utwór wpycha w kanapę, jednak dopiero rytmiczna gitara i zachrypnięty wokal Adamsa zdają się podkreślać autoironiczny wydźwięk tej kompozycji.

Samo show obejrzało jednak znacznie więcej ludzi, niż ci zgromadzeni na Placu Poczdamskim. Prawa do transmitowania wydarzenia wykupiły telewizje z 52 krajów, z czego 20 krajów pokazywało jego powtórki pięciokrotnie. W Polsce również można było obejrzeć w TVP2 na żywo relację z Berlina.

Tak jak pisałem wcześniej, Berlin zmienił wydźwięk The Wall z abstrakcyjnego w realny, upolitycznił znacznie całe show. Sam Waters lubi zabierać głos w wielu sprawach, wciąż prezentując się jako antysystemowiec i pacyfista, co pozwoliło mu zabrać mur w światową trasę koncertową rozpoczętą w 2010, która zahaczyła z resztą o Stadion Narodowy. Z jego sceny muzyk krzyczał, żeby nie ufać politykom. Samo Pink Floyd z nowym liderem Davidem Gilmourem trzymało się dalej od polityki i w tym samym czasie grało świetną trasę koncertową Delicate Sound of Thunder. W tamtym momencie koncert Watersa przyćmił chyba nawet koncert Floydów w Wenecji. Po czasie jednak dużo lepiej słucha się Gilmoura, a Berlin pozostaje w zupełnie innej kategorii – performance, a nie koncertu.

I tutaj następuje moment, kiedy przebiegam od sztuki do polityki, czyli zadaję pytanie: Jak możemy, jako ludzie z dość świeżą traumą podziału żelaznej kurtyny i tragedii totalitaryzmów lat trzydziestych wciąż wierzyć, że jakikolwiek mur jest rozwiązaniem problemu? W jaki sposób jakiś polityk może decydować o odgrodzeniu drugiego człowieka siatką i patrzeniu, jak umiera? Politykiem nie jestem, moje doświadczenie z murami i zaporami lądowymi to dyskografia Pink Floyd i kilka ciekawostek o psach Dingo. Na granicę z Białorusią nie przyjedzie jednak Bryan Adams, nikt się nie będzie radował, kiedy płot zniknie. Dobrego rozwiązania problemu również nie mam, ale jestem pewien że siatka z drutem kolczastym nim nie jest. Tak, jak śpiewał Waters, dziur w płocie, czyli martwych ludzi za nim, nie załatamy nowym samochodem ani kartą multisport. Trzeba będzie z tym żyć.

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.