NFT, Bitcoin i dzieło sztuki

Było wiadomo od dawna, że tezy Waltera Benjamina, przedstawione w „Dzieło sztuki w epoce mechanicznej reprodukcji” prędzej czy później się przeterminują. Jeszcze parę lat temu nikt nie powiedziałby, że stanie się to za sprawą kryptowalut. W skrócie, Benjamin zastanawiał się czym jest istota dzieła sztuki w momencie, gdy za pomocą odbitek lub reprodukcji każdy może być jego właścicielem. To pytanie jest wybitnie aktualne w warstwie Internetu, gdzie każda interakcja ze stroną internetową oznacza de facto ściągnięcie pliku graficznego na komputer użytkownika. Kwestie prawa autorskiego w sposób nieco archaiczne definiują zasady wykorzystania i obrotu dziełami sztuki, tekstami innymi wytworami indywidualnej działalności twórczej, ale ciągle pozostawała pewna luka „posiadania” cyfrowego dzieła sztuki, poza samymi kategoriami licencjonowania użytku. Konkludując szybko, trudno powiedzieć, że posiadając prawa majątkowe do jakichś fotografii, posiadamy je tak, jak obraz wiszący nad kanapą w salonie.

“Własność” jpg’a

Myśląc o głównym temacie, czyli NFT pomyślałem o podobieństwach z konceptualną ideą tworzenia dzieł sztuki. Artysta tworząc fizyczne obiekty, skupia się bardziej na ich zestawieniu w sposób umożliwiający ich odtworzenie. Skupiają się bardziej na zależnościach danych składowych, jak przestrzeń i przedmioty, niż na samej wartości i fizyczności. W ten sposób można stworzyć mural, którego właściciel posiada go w formie dokumentu i instrukcji wykonania. Tak jak Maurizio Cattelan przykleił banana do ściany i sprzedał go za miliony. Galerie nie zakupiły od niego fizycznych bananów i taśmy, ale możliwość pokazania ich z podpisem artysty i dokładną instrukcję wykonania. W ten sposób dzieło może wystąpić w kilku sztukach, z których każda będzie oryginałem. Ba, dzieło może „powstać” lata po śmierci artysty, a wciąż będzie jego autorstwa. W taki sam sposób kupując digitalowe dzieło sztuki, kupujemy wyłącznie kod dla komputera, żeby ten mógł go zdekodować i pokazać w postaci grupy pikseli lub filmu na ekranie użytkownika.

NFT

Mam właśnie wrażenie, że obrót dziełami sztuki w postaci NFT jest połączeniem na styku konceptualizmu, kryptografii i współczesnej kultury internetu. Okej, po kolei. NFT to Non Fungible Token, w skrócie klucz, którego nie da się zmienić, token, który nie podlega podziałowi, modyfikacji lub przedawnieniu. Żeby to zrozumieć głębiej, musimy przypomnieć sobie, na jakiej zasadzie działają kryptowaluty – Bitcoin, Ethereum, Dogecoin etc. Za pomocą zaawansowanych technik szyfrowania, definiowana jest skończona ilość monet. Z czasem wchodzą do obiegu za pomocą górników, którzy generują kolejne bloki monet, de facto kodując konkretne ułamki monety. W ten sposób możemy zakupić kilka Bitcoinów (lub raczej kilka tysięcy części jednego Bitcoina) i zapisać je na pendrive. Nie jest to praktyka popularna, ze względu na niebezpieczeństwo i mało praktyczny aspekt posiadania waluty cyfrowej. Częściej jednak posiadamy odpowiednie klucze w portfelach internetowych, za pomocą których możemy handlować danymi aktywami. W tym momencie właśnie wkracza NFT jako dzieło sztuki.

Szyfrowanie dzieła sztuki

W sytuacji, gdzie dzieło sztuki jest bezsprzecznie niepowtarzalnym obiektem, który może zostać zreprodukowany, ale jego oryginał jest jednym plikiem, możemy ten oryginał zaszyfrować na wzór, jakim stworzone są kryptowaluty. Innymi słowy, nasze zdjęcie można zakodować tym samym kluczem kryptograficznym, którym zakodowane jest Ethereum. Wtedy możemy traktować go jako „fizyczną”, jednostkową reprezentację dzieła. Posiadając taki plik, możemy nie tyle obracać kwestią praw majątkowych, co posiadać unikalną, jedyną wersję pliku, czyli właśnie oryginał. Posiadanie w/w praw majątkowych też nie jest oczywiste, ponieważ tak, jak w świecie fizycznego obrotu dziełami sztuki, niekoniecznie przy posiadaniu danego oryginału, możemy nim dysponować w zakresie komercyjnym. 

Wiadomo, że bańka handlu dziełami sztuki opiera się wyłącznie na twardorynkowych kontaktach popytu z podażą i każdy „przedmiot” jest wart tyle, ile zapłacił za niego kupiec. Ten właśnie mix nazwy domu aukcyjnego, ciekawostki, nazwiska artysty i historii sprzedażowej doprowadził do tego, że za blisko 70 milionów dolarów niedanowo sprzedany został „Everydays: The First 5000 Days” artysty Beeple. Sam artysta po zakończeniu aukcji nazwał ten fakt „wielką bańką”, jednak, czym innym wytłumaczyć fenomeny artystyczne, jak Damian Hirst. Zdjęcie w okładce tego artykułu to właśnie rzeczone dzieło sztuki.

Realia krypto-sztuki w Polsce

Myśląc o tej technologii w kategoriach polskiego rynku, myślę, że możemy poczekać jeszcze kilka ładnych lat, zanim domy aukcyjne albo artyści w ogóle pomyślą o tym, żeby sprzedawać swoje dzieła w formach niefizycznych. Mam wrażenie, że nasz rynek wciąż podchodzi do kwestii kryptowalut jako dziwnej ciekawostki, w którą mogą się bawić nastolatki za fortunę swoich rodziców, lub jako scamu proponowanego przez piramidy finansowe. Patrząc też na to, że kolekcjonerstwo w naszym kraju ogranicza się w znacznej mierze do żerowania na braku gustu i wiedzy wyższej klasy średniej w postaci domów aukcyjnych wciąż wystawiających Kossaki i młodosztuczne maziaje, trudno mówić o przeskoku do sztuki digitalowej. Poza tym w świecie wysokiej sztuki wciąż pozostaje to ciekawostka. Trudno mówić o tym jako o przyszłości sztuki, jednak czy nie tak samo brzmiały argumenty traderów, którzy dekadę temu nie wierzyli w wartość Bitcoina?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn malkontent

magazyn opinii, kultury, filmu, musicali, architektury i rozmów.

Kup teraz swoją kopię!

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.