„Ludzie są zbyt zmęczeni na kulturę”. Rozmowa z Miladą Więckowską

kolaż wykonany przez autorkę

Mówiąc i pisząc o kulturze i wydarzeniach kulturalnych bardzo często przyjmuje się narrację dużych miast, w których zyskuje ona szerokie grono odbiorców. „Tłumy na wernisażu” czy „wyprzedane bilety na spektakl” to hasła, które nikogo nie dziwią w Krakowie czy Warszawie. Wystarczy jednak wybrać się do mniejszych – nawet średnich, liczących ponad 100 tysięcy mieszkańców – miast, żeby przekonać się, jak to z tymi tłumami bywa.

Jedyne muzeum w mieście otwarte jest do 15:00, teatr miejski organizuje większość eventów zapraszając spektakle z zewnątrz, a biblioteka publiczna to jedno z niewielu miejsc, w którym można zobaczyć wystawę. Rybnik, bo o nim dziś będzie mowa, to szesnaste miasto w Polsce pod względem powierzchni, zamieszkane przez 137 128 osób (stan na 31 grudnia 2020 r.), co plasuje je na dwudziestym piątym miejscu pod względem ludności. Nie jest to miasto wojewódzkie, ale na pewno nie możemy mówić o małej miejscowości, którą kojarzą tylko mieszkańcy.

Urodziłam się w tym mieście i przeszłam w nim całą drogę edukacji obowiązkowej. To tutaj miało początek moje zainteresowanie kulturą i sztuką, jednak raczej dzięki dostępowi do wypożyczalni filmów, a później do Internetu, niż instytucjom miejskim. Żeby zająć się kulturą „na poważnie”, to znaczy chociażby w wymiarze akademickim, musiałam wyjechać. W moim przypadku padło na Kraków. Po kilku latach zastanawiam się, czy miałabym do czego wrócić, jeśli chciałabym pracować w rodzinnym mieście w zawodzie. Moje wrażenie podczas wizyt u rodziny i znajomych to brak właściwie jakichkolwiek działań artystycznych w mieście, które miałyby zachęcić pasjonatów do odwiedzenia Rybnika. Pojawiają się próby promowania lokalnych wydarzeń chociażby przez informacje w przestrzeni miejskiej, jednak oferta wydaje się być „nijaka”, traktowana po macoszemu i nie zachęcająca właściwie nikogo. „Laikom” nic nie mówi, a dla pasjonatów wydaje się wtórna. Zaczęłam zastanawiać się, czy przez kilka lat nasiąknęłam wielkomiejskim snobizmem i patrzę na działania lokalne przez pryzmat drugiego największego miasta w Polsce, czy może problem rzeczywiście istnieje? No i co do powiedzenia o nim mają ludzie, którzy próbują się zająć kulturą w mieście?

Jednym z niewielu miejsc, gdzie uskutecznia się edukację kulturalną w Rybniku jest Młodzieżowy Dom Kultury. Rozmawiałam z panią Miladą Więckowską, która od ponad 20 lat prowadzi w nim zajęcia.

Czy dzieci, które chodzą do pani na zajęcia, mają dużą wiedzę o kulturze? To zajęcia hobbystyczne i mogłoby się wydawać, że przychodzą na nie ci, którzy znają już trochę temat sztuki. Z drugiej strony takie zajęcia mogą być po prostu formą spędzania wolnego czasu, niekoniecznie połączonej z wielką pasją.

Dzieci przychodzą do mnie na zajęcia najczęściej nie mając żadnego pojęcia o plastyce, a tym bardziej o artystach i tym, co się dzieje w świecie sztuki i kultury, ale mają wielkie chęci do nauki, chcą się kształcić i mają potrzebę rozmawiania o tym. Osobiście jednak przeraża mnie to, że dzieci i młodzież nie znają ze szkoły wielu podstawowych pojęć związanych z kulturą i sztuką. Obawiam się, że nasze zajęcia nie są w stanie wypełnić takiej dziury.

Pani też ma jedną lekcje w tygodniu.

Z jedną grupą widzę się raz w tygodniu. Są grupy, z którymi pracujemy trzy godziny, czasem cztery. Staram się realizować z nimi jakiś program, ale nie okłamujmy się, to tylko jedno spotkanie w tygodniu.

Zapytam bardzo ogólnie – jak wygląda kultura w Rybniku?

Gdy zapytałaś mnie, czy nie chciałabym porozmawiać z tobą o edukacji kulturalnej, zaczęłam szerzej o tym myśleć. Nie jestem w stanie wypowiadać się za całą kulturę w Rybniku. To zagadnienia, które wykraczają daleko poza moje kompetencje. Są obszary, których ani nie jestem w stanie śledzić, ani nie chcę, bo skupiam się na swoim. Są wydarzenia, które na pewno zasługują na miano wyższej kultury i nie mnie się o nich wypowiadać, a także takie, które omijam, bo albo się nie znam, albo moja ocena jest zbyt subiektywna. Po zastanowieniu jednak stwierdzam, że pandemia miała ogromny wpływ na uczestnictwo mieszkańców w kulturze. Ludzie się zamknęli w domach i niekoniecznie chcą z nich wychodzić na koncerty czy wystawy. Wzrost cen też nie jest sprzyjający. Myślę też, że ludzie są zbyt zmęczeni codziennością. Jak człowiek wraca po całym dniu do domu to nie chce z niego wychodzić. To nie jest zmęczenie kulturą, a raczej życiem.

Myślę, że może coś w tym być. Ostatnio sama złapałam się na tym, że jak znajomi proponowali mi wyjście do kina czy teatru to odmawiałam, bo czułam potrzebę odpoczynku w domu.

W moim przypadku też nie jest tych wyjść za wiele, ale trochę „usprawiedliwia” mnie to, że w Młodzieżowym Domu Kultury zajęcia prowadzone są popołudniami i wieczorami. Rano nic się nie dzieje. Niedawno koleżanka zaprosiła mnie na kilkudniowe wydarzenie – koncerty i wystawy, działo się to w Gliwicach. Pomyślałam sobie, że może nawet byłabym w stanie wybrać się z moją najstarszą grupą, zbiorę chętnych i wyjdziemy na chwilę z pracowni. Pomysł świetny, ale niemożliwy do realizacji ze względu na kiepskie połączenie autobusowe z Rybnikiem. Nawet dzwoniłam do przewoźników, ale wszędzie usłyszałam, że organizowanie takich kursów im się nie opłaca, bo popołudniami nikt nie jeździ.

To bardzo dziwne, bo Rybnik jest dość dużym miastem.

Rybnik jest dość spory, ale niewiele tu mamy. Jest teatr miejski, który organizuje większość wydarzeń. Scena jest duża, ale za galerię służy tylko hol. Czasem coś się dzieje w bibliotece miejskiej albo w muzeum, jednak są to niszowe wydarzenia.

Rybnickie muzeum ma też bardzo dziwne godziny otwarcia. Ostatnio byłam tutaj z kimś, kto nigdy nie był w tym regionie i okazało się, że nie jesteśmy w stanie odwiedzić wystawy dotyczącej kultury i tradycji regionu, bo ostatnie wejście jest o 14:30.

Dla mnie też to jest niezrozumiałe. Parę lat temu w mieście powstało halo Rybnik! To taka mała przestrzeń, w której czasem się dzieją różne inicjatywy. Wydawało mi się, że coś fajnego z tego wyjdzie, ale w praktyce wystawiają się tam głównie okoliczni artyści, którzy są już znani rybniczanom. Brakuje konkurencyjnych małych galerii, gdzie chcieliby się wystawiać też inni.

A gdyby pani zaproponowała wyjazd młodzieży np. do Krakowa? To jest w miarę blisko z Rybnika. Czy taka grupa by się zebrała?

Tak, często organizuję takie wyjazdy. Jedziemy zwiedzać galerie i muzea. Często wybieramy się też wspólnie do Katowic, bo tam jesteśmy w stanie nawet wybrać się po południu. Gorzej jest jak chcę zorganizować wyjazd na cały dzień. Wtedy nie wszyscy rodzice zgadzają się na to, żeby dzieci opuściły dzień w szkole, a ja też nie mam możliwości w tym wypadku usprawiedliwienia im tego dnia.

Mam wrażenie, że Rybnik jest jednocześnie blisko i daleko od Katowic. Przez tą odległość 40 km zrzuca się wiele rzeczy na Katowice. Po co robić coś tutaj, skoro można się wybrać tam – takie myślenie wydaje mi się być powszechne.

Całkowicie się z tym zgadzam. Ja chętnie organizuję takie wyjazdy, ale jest to bardziej absorbujące niż wyjście na jakieś wydarzenie, które dzieje się lokalnie. Trzeba przygotować wtedy wiele dokumentów, tak jak przy organizacji wycieczki szkolnej. Lokalnie wystarczy umówić się z młodzieżą, że zamiast zajęć w pracowni, spotkamy się na wydarzeniu. Wprawdzie rodzice starszych dzieci chętnie zgadzają się na ich wyjazdy, ale z młodszymi bywa różnie. Dzieci bardzo chcą w tym uczestniczyć pod warunkiem, że nie koliduje im to za bardzo ze szkołą. W ogóle to mam taką obserwacje, że dzieci, które tu przychodzą, są bardzo przeciążone obowiązkami szkolnymi. Dzisiaj na zajęciach jedno z dzieci powiedziało mi, że musiało się uczyć do godziny trzeciej w nocy. Nie mieści mi się to w głowie, to była chyba uczennica szóstej klasy.

Ma pani czasem wrażenie, że edukacja kulturalna jest zrzucana na MDKi [Młodzieżowe Domy Kultury]?

Zdecydowanie tak. W szkole mam wrażenie, że się odchodzi od edukacji kulturalnej. Kiedy jeszcze pracowałam w liceum, już jakiś czas temu, to obowiązkowa była jeszcze plastyka. Możesz mi nie uwierzyć, ale uczniowie bardzo lubili ten przedmiot. Ta młodzież bardzo chciała mieć możliwość coś stworzyć. Wtedy to nie jest tak, że spotyka się wybrane grono osób zainteresowanych tematem jak tutaj. Na moich zajęciach wszyscy musieli coś robić i wbrew pozorom bardzo się rozwijali. Moi uczniowie często pracowali w grupach. Tworzyli świetne rzeczy, do dzisiaj mam zdjęcia ich twórczości w domu. Wiadomo, że zdarzali się też uczniowie, którzy nie chcieli tworzyć nic manualnie. Pamiętam takiego ucznia, który zaparł się i nie było z nim dyskusji. Zapytałam go wtedy, co chce robić w zamian. Stwierdził, że będzie przygotowywał tematy z zakresu kultury lub historii sztuki i przyjdzie ze mną o tym dyskutować. I tak też było. W czasie, w którym klasa pracowała siadaliśmy z boku i rozmawialiśmy o tym, co opracował na ten tydzień.

Czyli młodzież ma w sobie chęć poznania kultury?

Mają wiele chęci i ciekawości. Wystarczy ich odpowiednio nakierować i czasem coś podpowiedzieć. W otoczeniu młodzieży brakuje ludzi, którzy będą ich prowadzili przez świat kultury. Szkoła im niestety w tym zakresie nie pomaga.

Podczas lekcji historii uczymy się historii militarnej i politycznej. Nie ma tam miejsca na sztukę, tak samo na języku polskim – program jest właściwie ograniczony do literatury, której wybór też jest dyskusyjny.

I to jest to. Wiele znaczących elementów kultury i historii polskiej można by nauczać za pomocą sztuki. Ale w szkołach nie ma miejsca dla historii sztuki, jeśli nie jest się uczniem szkoły plastycznej lub o profilu artystycznym. Często pokazuję moim uczniom, że mogą uczyć się jej przy okazji nauki religii. Jest bardzo wiele dzieł sztuki o tematyce religijnej, przecież cały barok i renesans stoi twórczością sakralną. Często pytam moich uczniów o bohaterów na obrazach i oni się dziwią, że to postacie, o których uczyli się na religii czy historii. Szkoda, że na religii nie mówi się o tym, jak wielki wpływ chrześcijaństwo wywarło na kulturę i sztukę. Bardzo mnie zabolało, jak moi uczniowie pierwszy raz usłyszeli, do kogo odnosi się słowo „Madonna”, na moich zajęciach.

To ta wokalistka…

Dokładnie, tak niektórzy myśleli. Ale czego chcę wymagać od młodzieży, która nie wie np. co to wernisaż. Kiedyś bardzo się cieszyłam, jak trafiłam w liceum na klasę, która miała rozszerzenie z historii sztuki, co jest rzadkością w liceach ogólnokształcących. Moi uczniowie nie chcieli się zbytnio uczyć, a ja stawałam na głowie, żeby pokazać im, że to jest ciekawe.

Uważam, że moim sukcesem było to, że 18 osób z 20 chciało zdawać wtedy maturę z historii sztuki – tak im się to spodobało. Myśleli, że są w tym najlepsi. Część z nich wybrała później studia w tym zakresie i sami przyznali, że ta wiedza im się bardzo przydaje.

Pani też prowadzi zajęcia z historii sztuki w MDKu?

Tak. To jest cięższe wyzwanie, żeby zachęcić młodzież do przychodzenia na dodatkowe lekcje po lekcjach. Wiele osób dojeżdża do szkół średnich i wybranie się do MDKu jest dla nich kolejną wyprawą. Na te zajęcia przychodzą osoby, które naprawdę widzą swoją przyszłość w tym kierunku. Ich często zabieram na wystawy. Tę grupę zabieram też co roku do Krakowa, bo tam historii sztuki można uczyć się na każdym kroku. W mojej pracy bardzo mi zależy, żeby uczyć dzieci podstaw takich jak kompozycja, perspektywa czy sposoby wyrażania swojej wrażliwości. Uważam, że to są umiejętności, które przydadzą im się na co dzień, chociażby wybierając swój ubiór czy dekorując swojej pokoje. Chciałabym, żeby te dzieci w codziennym życiu widziały estetykę.

A czy zauważyła pani, żeby nastolatkowie rozmawiali między sobą o kulturze?

Niestety nie. Raczej nie podejmują tematu kultury sami od siebie. Teraz, przez pandemię, jeszcze się to nasiliło. Siedzą bardzo mocno zanurzeni w mediach społecznościowych, zwłaszcza siódmo- i ósmoklasiści. Szkoda, że nikt im nie tłumaczy, że telefon też może być narzędziem do odkrywania kultury. Nie trzeba podróżować, a można wirtualnie zwiedzać znane muzea. Na zajęciach skupiamy się jednak na pracy plastycznej. W szkołach plastyka teraz kończy się na szóstej klasie, a w liceach zastąpiono ją wiedzą o kulturze, którą prowadzą najczęściej nauczyciele dopełniający godziny do etatu.

Brzmi to trochę smutno. Z jednej strony dzieci w Rybniku mają sporo szczęścia, bo żyją w całkiem sporym mieście, ale z drugiej strony można by powiedzieć, że są ograbiane z dostępu do kultury.

Szkoły zawalają tę sprawę, dzieci są tak obładowane programem, że nie mają możliwości robić czegoś ekstra. To nie jest wina szkół jako jednostek tylko systemu. W podstawówkach promuje się na szczęście kulturę regionalną. Są konkursy z tego zakresu i różne wycieczki. Ale o tej wielkiej sztuce i kulturze uczą się raczej pasjonaci. Uwielbiam ten moment, kiedy młodzież przychodzi do mnie i zachwyca się tematem, jakimś artystą lub dziełem.

Czy dla młodzieży kultura jest nudna?

Nie wiem, czy jestem to w stanie określić, bo mam kontakt tylko z wybranymi uczniami, którzy chcą tu być. Wprawdzie wielu z nich traktuje plastykę trochę jako wypełniacz czasu, ale są dzieciaki, które mają pasję i nawet rodzice pytają, czy jestem w stanie pomóc im ją rozwijać. Moją ideą niezależnie od pobudek, dla których tu są, jest nauczenie ich czegoś o sztuce i kulturze. Oczywiście są rodzice, którzy uważają, że plastyka to po prostu lepsza alternatywa dla telewizji w domu. Może to nie są wielkie pobudki, ale to chyba można nazwać świadomością tego, że taki rodzaj aktywności jest bardziej rozwojowy. O ironio, pandemia polepszyła trochę tę sytuację. Gdy szkoły były zamknięte, w MDKu wzrosła ilość dzieci chodzących na zajęcia. Dzieci miały ogromną potrzebę wyjścia i zrobienia czegoś twórczego. Nie przypisuje sobie zasług w tym, że moi uczniowie tak opowiadali kolegom o plastyce, że ci szturmem ruszyli do pracowni. Raczej zaciekawiła ich sama możliwość wyjścia z domu i kontaktu z grupą, na co rodzice chętnie się zgadzali. Widzę jednak, że dzieci chcą się uczyć nowych, innych niż w szkole technik. Bardzo się ekscytują, jak pokazuje im nowe możliwości.

Czego w Rybniku brakuje?

Wielu galerii chyba najbardziej. Nie ma galerii rzeźby czy grafiki. Chciałabym czasem pójść i coś takiego zobaczyć.

Gdyby pani mogła coś zrobić w Rybniku nie mając żadnych ograniczeń?

Otworzyłabym sama taką galerię!

I wystawiałaby pani swoich uczniów?

No jasne, że tak! Tak bym to rozkręciła, że wszyscy by do nas chcieli przyjeżdżać! Chętnie bym się zajęła wystawiennictwem, bo bardzo to lubię. Jednak na razie jedyne, co mogę, to wystawiać prace moich uczniów na korytarzu w MDKu.

Po wyjściu z pracowni, gdzie postanowiłyśmy się spotkać, rozmowa trwała jeszcze na parkingu. Myślę, że na wiele wątków brakło nam czasu podczas tego krótkiego spotkania. To, co obie stwierdziłyśmy, to fakt, że miasto trochę gaśnie i sprawia wrażenie, że już nawet nie chce próbować promować kultury na większą skalę. Bo jak kultura ma żyć, gdy zamykają się przestrzenie, w których dawano głos młodym twórcom, a jedyne miejsca, gdzie można się spotkać po godzinie 18:00, to dyskoteki, ogródki z piwem i McDonald’s przy stacji benzynowej. Ponadto z naszej rozmowy pobrzmiewa echo wielu problemów systemowych Polski – przestarzały i nudny system edukacji, wykluczenie komunikacyjne czy przepracowanie. Obie mamy nadzieje, że w mieście wydarzy się coś, co nada temu wszystkiemu trochę inny kierunek.

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.