Lady Diana postanowiła, że sama wybierze sukienkę – kilka słów o „Spencer” Pabla Larraína

Zdarzyło mi się niejednokrotnie wybrać się na film nie wiedząc, o czym będzie, a nawet myśląc, że trafię na zupełnie inny seans. Po szoku, jaki przeżyłam w związku z tym, że film „Na noże” wcale nie opowiada o kucharzach, stwierdziłam, że będę czytać opisy dystrybutorów.

Postanowienia nie dotrzymałam, jednak w przypadku Spencer oczekiwania i domysły, o czym to będzie, pojawiły się samoistnie. Historia księżnej Diany jest każdemu dobrze znana, a twórcy filmowi przedstawili ją już praktycznie z każdej możliwej perspektywy. Po ogromnym sukcesie ostatniego sezonu The Crown, w którym historia rodziny królewskiej skupia się na młodej Dianie Spencer, zastanawiałam się, po co nam właściwie kolejny film o „królowej ludzkich serc”.

Oddanie narracji Dianie, gdy obrazuje się Brytyjska Rodzinę Królewską, nie jest niczym nowym. Nie jest też nowe bardzo krytyczne spojrzenie na jej postać. Przez ostatnie lata twórcy biorący na warsztat ten temat przyzwyczaili nas już do obrazu księżnej, która jest ptakiem zamkniętym w złotej klatce. Tym razem nie dostajemy jednak szerokiej biografii. Larrain skupił się na niespełna trzech dniach, które miały być kluczowe dla późniejszych wydarzeń w życiu kobiety. Narracja przybrana w filmie jest bardziej baśniowa, niż dokumentalna, a sama postać w nim wykreowana jest bardziej próbą interpretacji psychologicznej Diany, niż faktycznym jej odbiciem. Nastrój baśni jest jednak bliższy oryginalnym braciom Grimm, niż Disneyowi, u którego wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Spencer nie jest filmem, który zachwyci każdego. Nie ma w nim dynamicznej fabuły ani nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wszystko rozgrywa się w zaciszach królewskiej rezydencji, w której każda zasłona musi zostać zasłonięta. Dialogi między bohaterami są zdawkowe, a dużo więcej mówią nam ich mimika, spojrzenia i gesty. Sceny rozgrywają się powoli, a reżyser daje nam czas na pobycie z bohaterką bez gorączkowej potrzeby pchania fabuły do przodu. To nie miał być film, który zaskoczy nas swoją dynamiką, a przyjemność z jego oglądania czerpiemy z obserwowania jak rozwijają się emocje w głowie Diany oraz odczuwania stopniowo kumulującego się napięcia. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się w ciągu niespełna trzech dni, które w pełnym metrażu wystarczą do analizy praktycznie każdej godziny tej historii.

Pabblo Larrain po raz kolejny w swojej twórczości sięga po historię młodej i silnej kobiety dzierżącej medialną władzę. Zdobył już uznanie szerszej publiczności opowiadając historię Jackie Kennedy, za którą dostał trzy nominacje do Oscara. Można odnieść wrażenie, że reżyser ośmielony sukcesem postanowił przyjrzeć się kolejnej uwielbianej kobiecie, która pomimo wielu grzechów na koncie, do dziś jest przedstawiana jako święta. Przyznam, że obawiałam się trochę tego, że trafię na kolejny film, w którym twórcom brakło odwagi do krytycznej analizy postaci księżnej. Mieliśmy już przecież nieudaną i nudną Diane Olivera Hirschbiegela z Naomi Watts, czy Zakochaną księżniczkę Davida Greene’a. Obsadzenie w głównej roli Kristen Stewart okazało się być trafionym pomysłem. Mam wrażenie, że Kristen w końcu miała okazję wcielić się w postać, która stworzyła jej warunki do zaprezentowania swoich umiejętności aktorskich. To co widzimy, różni się od tego, co zaprezentowała nam mistrzowsko Emma Corrin w The Crown, jednak ciężko wartościować te występy. Przede wszystkim jest to zupełnie inna Diana, dojrzalsza, w innym momencie życia. Odnoszę wrażenie, że Kristen w swojej interpretacji włożyła wiele pracy w to, by wydobyć z postaci jak najwięcej bólu i cierpienia. W filmie obserwujemy Dianę, która jest już w bardzo złym stanie psychicznym. Całości obrazu dopełniają sceny, w których pojawia się Anna Boleyn – przodkini Diany, dla której wejście do rodziny królewskiej okazało się być także tragiczne w skutkach. Postać ta pojawia się w wizjach kobiety i sprawia, że magiczna, baśniowa opowieść o zamkach i księżniczce staje się sceną z horroru. Przyjęta przez Larraína konwencja sprawia, że wraz z główną bohaterką odczuwamy trudne do zniesienia napięcie, podsycane dodatkowo przez muzykę Jonny’ego Greenwooda, która bez wątpienia dopełnia poczucie niepokoju panujące w filmie.

Kolejna godną uwagi kwestią jest to, że Larrain nie starał się wynieść Diany Spencer na piedestał. To historia o osobie, która chciała żyć życiem, jakie nie było jej dane. W filmie zderzają się dwa światy. Świat wykreowanego przez media wizerunku księżnej i świat, który wykreowany został w jej głowie. Reżyser wiele uwagi poświęca zobrazowaniu zaburzeń odżywiania, z którymi zmagała się Diana (niech ktoś da trigger warning temu filmowi. SERIO!). Twórcy Spencer w tej kwestii poszli o krok, a nawet kilka kroków dalej niż twórcy The Crown. Widzimy bardzo bezpośrednie przedstawienie wymiotującej Diany, widzimy rzygi na ekranie i widzimy przerażające wizje dotyczące jedzenia, które pojawiają się w głowie kobiety. Ciekawym zabiegiem jest to, że odbiór filmowej postaci bazuje bardzo mocno na tym, z jakim obrazem Diany widz wchodzi na seans. Mam wrażenie, że nie da się podjeść do niej z czystą głową, ponieważ od czterdziestu lat świat żyje wizją „księżnej, która miała ludzką twarz”. De facto cała fabuła budowana jest na tym, że każdy z nas już wie, co wydarzyło się wcześniej. Larrain nie dokonuje także bezpośredniej oceny, nie dostajemy oceny zachowań, postaw czy ogólnej sytuacji. To widz ma sam zadecydować, jak odbierze całą sytuację.

Na pochwałę zdecydowanie zasługuje kostiumografka Jacqueline Durran. Jej prace są po prostu piękne. Niektórym może przeszkadzać lokowanie Chanel, ale ja mówię: olejmy to! Stroje, w których prezentuje się Kristen, są niesamowite. Ubrania to jedna z tych rzeczy, na których zasadza się fabuła filmu. Staranie dobrane przez garderobianę suknie na każdą porę dnia i zbuntowana księżna, która stawia na swoim. Twórcy zdecydowali się poświęcić całą scenę na prezentację kostiumów, co mnie zachwyciło. Lubię estetyczne rzeczy, a ta scena była po prostu ładna. Bo kto nie lubi czasem popatrzeć, jak ładna kobieta tańczy w ładnych sukienkach w ładnej scenerii?

Jeśli oczekujemy burzliwej historii księżnej i prostego zakończenia krytykującego rodzinę królewską, to ten film może okazać się sporym rozczarowaniem. Larrain konsekwentnie do samego końca prowadzi narrację skupiającą się na Dianie i tym, co dzieje się w jej głowie. Spencer to film z jednej strony prosty i oszczędny w środkach, z drugiej – zaskakujący tym, jak wiele może kryć się pod powierzchnią. Twórcy od początku postanowili pokazać konkretną historię skupiającą się na psychoanalizie postaci i zrealizowali ten plan. Być może niektórzy uznają film za niewykorzystaną szansę na komentarz dotyczący rodziny królewskiej i mediów, które miały obsesje na punkcie kobiety. Dla mnie ten film nie miał być o tym.

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.