JEDYNA TAKA POLSKA TRYLOGIA SCIENCE FICTION! Obejrzałem ejtisowe filmy Piotra Szulkina

W kilka lat po MeToo, rok po Black Lives Matter, zalewani zewsząd pinkwashingiem i innymi odmianami przymilnego kapitalizmu, możemy z całą pewnością stwierdzić – przechodzimy właśnie rodzaj rewolucji obyczajowej. Jak każda przemiana społeczna, wiąże się ona z rozliczeniami. W dużej skali dokonuje ich Hollywood, w mniejszej na przykład Kasia Babis ze swoją akcją grillowania dziadów polskiej fantastyki.

Jako że jestem dzieckiem swoich czasów, wyjście poza tę perspektywę nie wchodziło w grę, gdy niedawno przyswajałem twórczość Piotra Szulkina. Było świeżo po czwartym maja, święcie fanów Gwiezdnych Wojen. Tymczasem znajoma filmoznawczyni zaproponowała mi wzięcie na technopolonistyczny warsztat polską trylogię science fiction. Ochoczo na to przystałem, oczami wyobraźni widząc już sympatyczny, clickbaitowy tytuł.

Obejrzałem więc tryptyk, złożony z Wojny światów – następne stulecie, O-bi, o-ba – koniec cywilizacji, oraz Ga ga – chwała bohaterom. Sam nie jestem filmoznawcą, choć mniej więcej wiem, co w trawie piszczy. Piotr Szulkin był za to filmowym multiinstrumentalistą, reżyserem o backgroundzie plastycznym, i muzykiem. Był też – przynajmniej w obserwowanym przeze mnie okresie – dziadem polskiej fantastyki. A ściśle rzecz biorąc: fantastyki naukowej.

Choć nauki w tym wszystkim jak na lekarstwo. W zasadzie tylko w O-bi, o-ba jest jakikolwiek wątek powiązany z techniką. Istotna dla fabuły jest konstrukcja kopuły, która chroni kilkaset osób przed nuklearną zagładą. Jej motyw jest jednak na tyle umownie osadzony w realiach nauk ścisłych, że na skali pomiędzy soft, a hard sci fi O-bi, o-ba leży bliżej Gwiezdnych Wojen, niż Lema. Choć Szulkin pewnie wolałby porównanie z Tarkowskim.

Czego nie ma jak na lekarstwo? To znaczy: co jest w dawkach mocno przekraczających tolerancję dziecka dzisiejszych przemian społecznych? Szowinizm.

Był on w zasadzie pierwszym, co zwróciło moją uwagę przy oglądaniu Wojny światów, najstarszego z trzech filmów. To stwierdzenie wymagało ode mnie dłuższego zastanowienia. W końcu Szulkin był audiowizualnym wizjonerem, i jego dzieła mogą się poszczycić naprawdę ciekawą oprawą. Ponieważ Wojna światów rozpoczyna się dość klasycznie, to znaczy od ujęcia w planie ogólnym i przebojowej, “kosmicznej” muzyki, można uznać, że to forma filmu powinna skupiać na sobie widza w pierwszym kontakcie.

Jednak gdy tylko w kadrze pojawiają się aktorzy, zaczyna się robić dziwnie. Oto chłopiec, na oko dziesięcioletni, w metalowej masce na twarzy, prowadzi drugiego na smyczy, na czworaka, smagając go kijem. Nie podoba się to przechodniowi, jak się wkrótce okaże – głównemu bohaterowi filmu. Ruga on chłopców, tłumaczących się zabawą (prowadzący jest w niej Marsjaninem, prowadzony – człowiekiem), a ponieważ jest człowiekiem czynu, nie zapomina o wytarganiu stojącego chłopca za ucho.

Czy mamy tu przejawy szowinizmu, a przynajmniej specyficznej agresji? No tak. Jednak o ile zasada oddzielania twórczości od autora nie powinna być traktowana jako dogmat, to w pewnym stopniu obowiązuje. Przecież to, że autor ukazuje w swoim dziele przemoc, nie znaczy, że sam ją uprawia. Ale przejdźmy dalej.

Pierwszy objaw tego, że świat przedstawiony jest przerażająco przemocowy, nie wzbudził jeszcze moich podejrzeń. Jednak fakt, że kobiety nie mają absolutnie żadnej podmiotowości w żadnym z trzech opisywanych filmów, jest już niepokojący. Oczywiście mowa o latach osiemdziesiątych, kiedy dyskurs feministyczny był w zupełnie innym miejscu, niż dziś, zwłaszcza w Polsce, ale w końcu oceniam to z dzisiejszej perspektywy. I to podejście ani trochę się nie broni.

Wrócimy do tego później, tymczasem chciałbym wyszczególnić kolejną grupę, której Szulkin zdaje się nie lubić. Chodzi tu o klasę ludową, czy – jak pewnie wolałby reżyser – o masy. W stosunku do nich objawia się kolejny rodzaj szowinizmu charakteryzującego narrację trylogii. Każdy z głównych bohaterów należy do szeroko pojętej społecznej elity, a jego indywidualne, tragiczne losy, są zazębione pomiędzy jego zwierzchnikami, a ludzką masą, stojącą niżej od niego w hierarchii. Przyjrzyjmy się temu dokładniej.

Bohaterem Wojny światów jest Iron Idem, grany przez Romana Wilhelmiego. Jest prezenterem dziennika telewizyjnego i pupilkiem publiczności. Jego PR-owym atrybutem jest przekomiczna blond peruka, upodabniająca go do członków zespołu ABBA. Spośród trzech głównych postaci wyróżnia się największym konformizmem – jego życie polega na bawieniu publiczności sympatycznie podanymi newsami, okraszonymi szerokim uśmiechem i cokolwiek niepokojącym dżinglem. Dostaje za to duże pieniądze, za które może prowadzić luksusowe życie w pięknym apartamencie, z równie piękną – i równie milczącą – żoną. Tak, żona głównego bohatera wypowiada dokładnie tyle samo słów, co ściany w mieszkaniu. Zero. Przy tym dla fabuły jest całkiem istotna, stanowi w końcu instrument nacisku władz na – jak się wkrótce okaże – nieposłusznego Idema. Kobieta, człowiek, stanowi instrument. Przyzwyczajcie się do tego, jeśli chcecie oglądać filmy Piotra Szulkina.

Na czym jednak polega owa “wojna światów”, i “następne stulecie”? To drugie ma bardzo proste wyjaśnienie, czas akcji ma miejsce pod koniec grudnia 2000 roku, w prawie dwadzieścia lat po realizacji filmu. “Wojna światów” odnosi się do kilku rzeczy. W fabule dwa światy stanowią wspomniani ludzie i Marsjanie, którzy na kilka dni przed filmowymi wydarzeniami przylatują na Ziemię. W wymiarze politycznym można to rozumieć jako komentarz do wydarzeń mających miejsce w czasie realizacji, do potyczki pomiędzy opozycyjną Solidarnością, komunistyczną władzą, a radzieckim rządem. W końcu – jest to nawiązanie do radiowego słuchowiska Orsona Wellesa z lat trzydziestych. Wellesowi film jest nawet oficjalnie dedykowany. Dodałbym do tego jeszcze wojnę klasową, choć w ujęciu zupełnie niemarksistowskim.

Muszę przyznać, że nie rozumiem genezy tytułu “O-bi, o-ba”. Szulkin jednak powściągnął się w tworzeniu aury tajemnicy, i dodał wyjaśniający człon “koniec cywilizacji”. To czyni sytuację całkiem zrozumiałą, zwłaszcza, że dzisiejsza popkultura stosunkowo niedawno przeżywała fascynację nuklearną apokalipsą, reprezentowaną w serialu Czarnobyl, czy grach Fallout. “War, war never changes” – tak brzmi motto Fallouta, a jego sens pasuje także do trylogii Szulkina. W O-bi, o-ba ponownie oglądamy samotnika rozdartego pomiędzy ideałem prawdy, a polityczną obłudą. Ta jego odmiana nosi wiele mówiące imię Soft, gra go zaś Jerzy Stuhr. Tym razem zamiast przejmująco współczesnego celebryty mamy do czynienia z romantykiem pracującym w służbach mundurowych, utrzymujących względny porządek w przeciwatomowym schronie mieszczącym osiemset osób. Względny porządek polega oczywiście na totalnym podporządkowaniu klasy ludowej. W tym filmie chyba najbardziej rzuca się w oczy “umasowienie” społeczeństwa – ludzie są tu bowiem masą w sensie czysto fizycznym, stłoczeni na korytarzach schronu, umierający z głodu i zimna, w kadrach przywołujących na myśl obozy koncentracyjne. Tymczasem klasa wyższa żyje całkiem wygodnie, mając do dyspozycji bary i inne rozrywki. Wśród nich oczywiście kobiety. Choć znów występują tu w roli całkowicie instrumentalnej, Szulkin umieszcza je na pozycji oczko wyższej. Oto bowiem mamy bohaterkę, która jest drugą najważniejszą postacią, ma nawet imię! Jest to co prawda ta sama osoba, z którą mieliśmy do czynienia w “Wojnie światów” – sexworkerka Gea. Niemniej, grana przez Krystynę Jandę, jest postacią całkiem sensowną. Mimo wszystko sytuacja wydaje się być nie do końca w porządku. Ludzie bowiem w “O bi, o ba” dzielą się na dwa rodzaje – naiwniaków wierzących w istnienie Arki, budowanej przez niesprecyzowanych wybawicieli spoza schronu, oraz dobrze poinformowanej elity, rozumiejącej, że to mrzonka. Bohaterka Jandy jest oczywiście naiwną kobietą, przygotowującą się na przybycie Arki, zaś Soft, mimo swojej ugruntowanej przez służbową wykładnię wiedzy, zaczyna w nią wątpić, zmiękczany przez ukochaną Geę i innych napotkanych mieszkańców schronu.

I w końcu mój ulubiony bohater – Scope z Ga ga, grany przez Daniela Olbrychskiego. Moje upodobanie do niego ma charakter lekko perwersyjny. Wszyscy trzej muszkieterowie są typami macho, milczącymi, przystojnymi typami obdarzonymi nieprzeciętną charyzmą. Tu pozwolę sobie na spostrzeżenia niezbyt może wybredne. Roman Wilhelmi i Jerzy Stuhr prezentują typ urody nieprzystający raczej do dzisiejszej estetyki, określającej męską konwencję. Na tle ich nieco kanciastego, zdecydowanie dwudziestowiecznego stylu, smukły, jeszcze bardziej od nich milczący i jeszcze bardziej przenikliwie i tajemniczo spoglądający Olbrychski bardziej niż z Kafką, Wellesem, czy Orwellem, kojarzy mi się z bohaterem Ryana Goslinga z Drive. Tym bardziej, że sporo czasu spędza za kierownicą, i to pojazdów bynajmniej nie byle jakich.

Te pojazdy, jako element scenografii, stanowią część tej pozytywnie odbieranej wizji Szulkina, o której wspomniałem, pisząc o początku Wojny światów. Jeśli ktoś nie widział filmów, o świecie przedstawionym mogą coś mówić imiona bohaterów – Iron, Soft, Scope. Inspiracja kulturą anglosaską, albo wprost Stanami Zjednoczonymi, jest widoczna wszędzie. Nawet peruka Idema, choć w tej grotesce wyglądająca na celowo absurdalny żart, nawiązuje do kultury propagowanej przez Hollywood, a już na pewno w zestawieniu z równie absurdalnie szerokim uśmiechem prezentera. Jako, że filmy są zrealizowane z dość jednolitą manierą – z pewnymi wyjątkami w przypadku O bi, o ba, również pojazdy kierowane przez Scope’a należą do tej samej kategorii, co te z Wojny światów. Są to amerykańskie krążowniki, w warunkach PRL wprost ociekające luksusem, a w każdym razie – ściśle związane ze światem zachodniej konsumpcji, dla wielu Polaków będącej – wtedy i dziś – niedoścignionym wzorem.

Można stwierdzić, że w połączeniu z anglojęzycznymi imionami, wszechobecnym błękitem i czerwienią, fast foodem spożywanym na koncercie kapeli rockowej i, last but not least, neonowym, smużącym oświetleniem, te auta tworzą obraz tyleż pretensjonalny, co banalny. Ale przed tym zarzutem w moich oczach Szulkin broni się całkiem błyskotliwie. Mamy w końcu do czynienia z Wojną światów, starcia indywidualizmu z państwową machiną, wyobraźni z polityką, Marsjan z Ziemianami – słowem, ze stanem wojennym. Rodzaj państwowej opresji obrazowanej przez Szulkina jednoznacznie kojarzy się z zamordyzmem państw komunistycznych, co w zestawieniu z dystynkcjami amerykańskiego konsumpcjonizmu daje prosty wniosek: towarowy dobrobyt nie wystarczy do uformowania dobrze funkcjonującego społeczeństwa.

Filmy Szulkina, choć uznane, mogą dziś uchodzić za nieco przykurzone dziedzictwo. Nie mają statusu kultowych dzieł minionej epoki, jak Rejs, Seksmisja, czy wczesny Pasikowski. W związku z tym ich dystrybucja jest nieoficjalna, kopie najłatwiej znaleźć na YouTube. Skorzystałem właśnie z nich, i już ten fakt nadał Wojnie światów ciekawego wymiaru. Film w najlepszej jakości jest dostępny na kanale, którego właściciel nie kryje się ze swoim sceptycznym podejściem do pandemicznych środków ostrożności, i w opisie filmu manifestuje je w dość dosadny sposób.

Rzeczywiście, jeśli traktować owe restrykcje jako przejaw państwowego terroru, nietrudno doszukać się podobieństw pomiędzy światem Irona Idema, a covidową rzeczywistością. Tym bardziej, że w świecie przedstawionym obywatele poddani są machinacjom o podłożu medycznym – są zobowiązani do “ochotniczego” oddawania krwi, w domyśle – na rzecz tajemniczych przybyszów z Marsa, ucieleśniających ukryte przed wzrokiem społeczeństwa elity.

Hołubienie Szulkina przez zwolenników teorii spiskowych nie narzuca się jednak zbytnio, bo zarówno autor jest przykurzony, jak owi zwolennicy rzadko kiedy rekrutują się spośród dumnych krytyków filmowych. Niemniej w opinii tych drugich fantazje reżysera również noszą znamiona ponadczasowości, co też jest zrozumiałe. Z perspektywy socjologicznej Wojna światów, mimo okropnej optyki skierowanej na konkretne grupy społeczne, wydaje mi się najciekawsza. Oglądając zmagania Irona Idema, prezentera, który za odmowę przyjęcia partyjnej, oszukańczej linii zostaje przez władze całkowicie zdegradowany i wyrzucony poza nawias, kojarzą się w sposób oczywisty z Józefem K., ale nie tylko. Jego telewizyjne przygody przypomniały mi o świetnym Network Sidneya Lumeta z 1976, ale też o wątku starszej telewidzki z Requiem for a dream, czy w końcu – o niedawnym Jokerze, strzelającym w telewizyjnym studio do postaci Roberta de Niro. Oczywiście podstawową różnicą między Arthurem Fleckiem – Jokerem, a Ironem Idemem jest klasa, do której należą. Choć obaj wyklęci przez system, do momentu skrajnego upodlenia mają ze sobą niewiele wspólnego. Fleck, jako przedstawiciel ciemiężonej masy, mający ciężko od dziecka, w końcu desperacko sprawy w swoje ręce, choć sukces odnosi przypadkiem – jako szaleniec doprowadzony do ostateczności i zabójstwa, trafił na odpowiednie okoliczności, by zostać królem przestępczości. Ostateczny los Idema jest prawdopodobnie smutniejszy, a w każdym razie bardziej zagadkowy – bierze udział w zmistyfikowanej egzekucji, po czym odchodzi w stronę światła. Ważniejsze jest jednak to, jak dotarł do tego miejsca: żył w dostatku i samozadowoleniu, aż do momentu politycznego przesilenia i zawieruchy, która brutalnie i szybko się z nim obeszła. Do Jokera przybliża go tylko krótki życiowy epizod, który oglądamy na ekranie – wcześniej, przez całe życie, nie miał z nim nic wspólnego.

W Wojnie światów najbardziej podobał mi się moment, który, jak mi się wydaje, miał w zamierzeniu ukazywać zupełnie inny mechanizm, niż ten, który ja w nim dostrzegłem. Oto bowiem Iron Idem, nie mający już nic do stracenia, pojawia się na czymś w rodzaju sylwestrowego widowiska, gdzie przed kamerami telewizyjnymi i tysiącami widzów na żywo wyrzuca masom ich wszystkie grzechy. Jego monolog zawiera myśli, których u Szulkina zupełnie nie cenię. Goryfikuje idealizm i “samodzielne myślenie” (znów, nic dziwnego w zainteresowaniu ze strony dzisiejszych proepidemików), potępia natomiast właściwy masom owczy pęd, samozadowolenie, materializm i naiwność. W umysłach ukształtowanych przez antykomunizm były to oczywiście treści absolutnie wyzwolone, toteż wystąpienie Idema zostaje od razu przycięte odpowiednio do dyskredytującego go przekazu partyjnego, a on sam wyrzucony ze sceny. I w tym momencie rozgrywa się najlepsza scena. Prezenter, w ostatnich chwilach wolności – za chwilę ma być aresztowany w atmosferze terroru – podchodzi do festynowej budki z piwem, gdzie napotyka Janusza Gajosa. Ten, do spółki z nad wyraz wygadanym chłopcem (w Wojnie światów i O bi, o ba postaci wygadanych, małych chłopców uczących życia zagubionych bohaterów to mocno eksploatowany motyw) wyśmiewa Idema, uświadamiając mu, że jego wystąpienie wkrótce zostanie zapomniane, a on sam przepadnie. On sam zaś – Janusz Gajos – nie ma się czego obawiać, jest ustawiony na życie. Pracuje bowiem w rurociągach, a przecież na rury zawsze będzie zapotrzebowanie. Znacznie większe ryzyko bycia wyrzuconym poza społeczny nawias ma porywająca się na indywidualizm osobowość telewizyjna, niż hydraulik.

Po czterdziestu latach od premiery filmu, żyjemy w systemie działającym na zupełnie odwrotnej zasadzie. Uprzywilejowani celebryci nie ryzykują niczym, poza subiektywnie pojmowanym wizerunkiem, zgromadzony kapitał pozwoli im utrzymać się na powierzchni, niezależnie od tego, z której strony wieje polityczny wiatr. Essential workers zaś są permanentnie zagrożeni, pracując na wątpliwej jakości umowach, z kiepskimi płacami i jeszcze gorszymi gwarancjami socjalnymi. Podczas gdy koncepcję postaci Gajosa rozumiem jako chęć wyśmiania “chama”, sam chciałbym dokonać tu pewnej subwersji. W moich oczach ukazanie przewagi hydraulika nad celebrytą jest pochwałą pracowników kluczowych, jako bardziej narażonych, a wykonujących pracę usytuowaną u podstaw piramidy Maslowa.

O bi, o ba jest chyba najbardziej docenionym z trzech filmów, i, mam wrażenie, najmniej kontrowersyjnym. Nadal wśród kluczowych postaci brak kobiet – to znaczy jest Gea, bardzo istotna dla fabuły, ale nie w filmowej hierarchii społecznej. Jest pracownicą seksualną, zupełnie podporządkowaną i, co warto jeszcze raz podkreślić, ukazaną jako osoba wrażliwa, ale dość głupiutka. Kobieto, puchu marny – zdaje się krzyczeć Szulkin.

Można też przyczepić się do faktu, że klasa ludowa jest tu reprezentowana tylko jako postaci zupełnie poboczne, w przygodny sposób obcujące z głównym bohaterem i będące w najlepszym wypadku poczciwymi naiwniakami, w najgorszym – szkodliwymi wariatami. Jednak da się to chyba usprawiedliwić przyjętą konstrukcją fabularną, według której bohater ma być całkowicie osamotniony, wewnętrznie odizolowany. Być może nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie inne grzechy Szulkina.

Jeśli chodzi o pozytywną krytykę O bi, o ba, jest ona zrozumiała. Film rzeczywiście może się kojarzyć ze Stalkerem Tarkowskiego, jest prawie równie spektakularnie nakręcony, zarówno zdjęcia Witolda Sobocińskiego, jak scenografia Alfreda Wysockiego i Andrzeja Kowalczyka tworzy klimat niesamowitości, ale też podszytego lękiem marazmu – sprawnie tworzą iluzję opresyjnego, klaustrofobicznego, postatomowego schronu. Ale to jest szeroko opisane przez krytyków. Lecimy dalej.

Ga ga jako jedyne tłumaczy swój tytuł bezpośrednio w treści filmu. Scope, bohater Olbrychskiego, w tych słowach okazuje pogardę granemu przez Stuhra rodzajowi lokaja, który jest mu przypisany. Z powyższego zdania można wyciągnąć wniosek, że znów mamy do czynienia z czymś na kształt feudalnego porządku, ale tu Szulkin poszedł na całość i mocno zagmatwał background całej sytuacji. Scope jest bowiem jedynym z bohaterów, który zaczyna swą wędrówkę z naprawdę niskiej stopy – jest więźniem osadzonym w kosmicznym zakładzie penitencjarnym, na statku. Jego kara zawiera w sobie specyficzny element – zostaje umieszczony w kapsule podtrzymującej życie i wysłany na najbliższą planetę, żeby ją skolonizować. Albo umrzeć – kierownictwo więzienia nie kłopocze się bowiem sprawdzaniem, czy planeta, na której Scope wyląduje, ma warunki do życia.

Taką przynajmniej informację dostajemy na początku filmu, szybko bowiem okazuje się, że planeta zupełnie przypomina Ziemię, i to nie pod względem atmosfery, czy form życia – jest po prostu zamieszkana przez ludzi. I do tego mówiących po polsku! No i oczywiście panuje na niej patriarchat w najczystszej postaci, co dla Szulkina zdaje się być przezroczyste, jak powietrze.

Jest jeden dziwny szczegół w życiu społeczności, do której wkrótce trafia Scope. Stanowi on również jedną ze scenariuszowych mielizn Ga gi. Scope jest tu traktowany jak bohater, winien jednak społeczeństwu nietypową przysługę – ma zapewnić mu igrzyska, najpierw popełniając jakąś spektakularną zbrodnię, następnie zostając równie spektakularnie ukaranym i nadzianym na pal.

Ta socjologiczna odmiana science fiction, w swej brawurze podobna Igrzyskom śmierci, mimo kiepskiego scenariusza, ogląda się całkiem dobrze. I znów, jest to zasługa wyględnego Olbrychskiego, wyględnych samochodów, zabawnego Stuhra (w podobnej, też drugoplanowej roli występuje on w Wojnie światów), i kilku zwariowanych pomysłów. Szulkin się powtarza, zajmijmy się więc tym, po co tu jesteśmy, czyli wywlekania patriarchalno-elitarystycznych brudów.

Najbardziej obrzydliwym wątkiem jest tu przynależna Scope’owi bohaterowi trophy girl, grana przez Katarzynę Figurę. Tak, jest pogardzaną sex workerką. Tak, jest konwencjonalnie atrakcyjna, w końcu to młoda Figura. No właśnie, młoda… Nieletniość Once, bo tak dziewczyna się nazywa, jest uwypuklona jak w piosence Lady Pank, z tym, że wielokrotnie. I nikt nie widzi w tym problemu, nawet ratujący ją z łap alfonsów Scope – w końcu ratuje ją po to, by otrzymać od niej konkretną nagrodę. Co więcej, w pewnym momencie usilnie domagający się popełnienia zbrodni obywatele oskarżają Scope’a o gwałt, po tym, jak przyłapują go z Once in flagranti. U widza ich scena łóżkowa może nie wywoływać to od razu obrzydzenia, nieletniość, choć gorąco afirmowana, istnieje tu tylko w słowach – Figura jest tu dobrze po dwudziestce, i niekoniecznie wygląda na nieletnią. Gdy zapomnimy o wcześniejszych dialogach, widzimy więc sytuację konsentu – za chwilę natomiast wpadają funkcjonariusze miejscowych służb, którzy mogliby przypaść do gustu Zbigniewowi Ziobrze. Skwapliwie zajmują się bowiem gwałcicielem, chcąc wymierzyć odpowiednią karę, ofiarę natomiast obezwładniają, i wynoszą, jak worek ziemniaków – kogo w końcu obchodzi jej dobro. Tak, panie Szulkin, wiemy, że nie lubił pan kobiet.

Oczywiście dostaje się również klasie ludowej. Ta bowiem, podejmując u siebie Scope’a jak bohatera, oczekuje od niego cudownego rozwiązania jej problemów. Gdy ten ląduje pod dachem pewnej rodziny, przedstawia mu się niewidomą córkę, licząc na jego litość. Scope nie jest jednak cudotwórcą, nie potrafi pomóc dziewczynie – do momentu, gdy przypadkiem staje się posiadaczem worka dolarów, i ofiarowuje go rodzinie. O ile on nie potrafi przywracać wzroku, dolary już tak – dziewczyna na wieść o nich zapomina o swej niepełnosprawności i w zachwycie się im przygląda. Tak trzeba ukazywać klasę ludową – jako cwaniaków, wolących podstępem, niż ciężką pracą osiągnąć dobrobyt.

Ech, panie Szulkin… Potrafił pan nakręcić ładny film, ale czy film godny? Niekoniecznie. Poświęciłem trylogii sporo uwagi, bo widzę w niej ucieleśnienie mitów założycielskich polskiej myśli liberalnej. Widać tu tęsknotę za naiwnie pojętym Zachodem, choć trzeba przyznać, że tu Szulkin wykazuje się samoświadomością. Widać też pogardę dla kolektywności i afirmację indywidualizmu. Miałbym parę pomysłów, jak dokonać popkulturowego remiksu, i uczynić te motywy strawniejszymi, by uwidocznić trafne diagnozy państwowego terroru, i ciekawe wizje plastyczne. Szulkina trzeba by zareklamować nie jako mizogina i klasistę, ale jako mizantropa. Nie byłoby to trudne, w końcu reżyser nie tylko pogardliwie portretuje kobiety i “szarych obywateli”, ale też dziwnie portretuje dzieci, i jest ogólnie pojętym fatalistą. W skrócie – można odnieść wrażenie, że ogólnie nienawidzi ludzkości. Taka kontestacja jest już czymś, co może się podobać, i co cechuje chociażby innego buntownika polskich lat osiemdziesiątych, lubianego przeze mnie Tomka Beksińskiego. Gdyby zaś z O bi, o ba wyrzucić wątki szowinistyczne, a w roli głównej obsadzić kogoś o bardziej współczesnej od Stuhra urodzie, dostalibyśmy środkowoeuropejską wersję Blade Runnera. I to byłoby coś! Tymczasem mamy takie stare science fiction, jakie mamy, a jeśli chcielibyśmy obejrzeć coś mniej więcej zbliżonego klimatem do O bi, o ba, co bardziej przystaje do postępowych standardów, i nie jest przesadnie hollywoodzkie, pozostaje Snowpiercer Joon-ho Bonga. Może i zdradzam w tym momencie ojczyznę, ale po tym, jak przeanalizowałem najsłynniejsze dzieła Szulkina i przejechałem się po nich, nie można przynajmniej zbyć mnie przysłowiem “cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Magazyn malkontent

magazyn kultury, sztuki, teatru i rozmów.

Kup teraz swoją kopię!

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.