“Wszystkie nasze strachy”. Filmowy pomnik instant

Jarosław Sosiński/materiały prasowe

Czy można powiedzieć, że cierpienie queerowej młodzieży w całym kraju jest ważniejszym tematem, niż romantyczna relacja dwójki artystów? Nie. Ale w pewnym wymiarze Wszystkie nasze strachy są znacznie większym filmem, niż Serce miłości.

Obserwowanie filmowej ścieżki Łukasza Rondudy jest budujące. Strategia polegająca na portretowaniu wpływowych artystów współczesnych jest jak dotąd bezbłędna. Wychodząc z tego samego założenia – nakreślenia tych postaci publiczności szerszej, niż ta chodząca na wystawy i niszowe koncerty – reżyser za pierwszym razem nakręcił historię współistnienia dwójki twórczych indywidualności, za drugim przedstawił uwikłanie równie wrażliwego samotnika w problemy polskiej ksenofobii i konfliktu społecznych tożsamości.

Nie owijając w bawełnę: filmowy Daniel Rycharski jest Chrystusem. Więcej nawet, jest częścią zbiorowego Chrystusa złożonego z nieheteronormatywnych osób żyjących w Polsce. Nie jest to bynajmniej interpretacja dzieła, lecz formułowany wprost przekaz: bohater wielokrotnie mówi swoim sąsiadom, mieszkańcom wsi Kurówko, że męczeństwo zaszczutej przez nich, zmarłej śmiercią samobójczą lesbijki, to w istocie jej droga krzyżowa, którą sami, jako praktykujący chrześcijanie, powinni teraz odtworzyć. Jak można się spodziewać, kurowianie nie są przychylnie nastawieni do tego pomysłu, a Rycharski musi wyręczyć prześladowanych, prześladujących, i tych, którzy zwyczajnie nie mogli pomóc, i w końcu sam niesie krzyż.

Czy wyłania nam się z tego historia superbohaterska? Jeszcze jak. Kiedy w światowym kinie żegnamy najwrażliwszego agenta 007 w historii, w Polsce możemy oglądać Dawida Ogrodnika w roli niezłomnego, większego niż życie wizjonera, przecinającego zielony, wiejski pejzaż na terenowym motocyklu, w uniformie Adidasa z tęczowym lampasem (zwanym przez babcię Daniela “elgiebetem”), i z rozwianym włosem. Robi się z tego ikonografia wręcz kowbojska, a gdyby nie ograniczenie konwencji wiernością biografii prawdziwego Rycharskiego, filmowy Daniel mógłby spokojnie stać się wschodnioeuropejskim odpowiednikiem chłopaków z Brokeback Mountain.

Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy jakimkolwiek kinem akcji, a Wszystkimi naszymi strachami. Twórcy obrazu – reżyser Łukasz Ronduda i partnerujący mu za kamerą, będący też autorem zdjęć Łukasz Gutt – w zasadzie rezygnują z narzucania jakiejkolwiek estetyki. Kadry są tutaj oszczędne i całkowicie podporządkowane treści, podobnie jak muzyka, podbijana tylko momentami przez wybrzmiewające przy Kurówkowych ogniskach disco polo i rap, albo Bajm w wykonaniu warszawskiej drag queen, oglądanej przez bohaterów w przerwie od montażu wystawy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Główna krytyka dotycząca Wszystkich naszych strachów skupia się właśnie na tej surowości, zarzucając twórcom brak pomysłu na formę i nijakość. Bo faktycznie, o wartości filmu stanowią dwa aspekty: poruszająca historia, oraz fantastyczna obsada. Ogrodnik dowozi jak zawsze, ale nie błyszczałby tak, gdyby nie grająca babcię Daniela Maria Maj, symbol twardej kobiety z ludu puszczającej na prawo i lewo wiązanki przekleństw, która jednocześnie jest jedyną osobą w Kurówku od początku do końca trwającą w pełnej akceptacji queerowej odmienności. Przy całej tej szlachetności wnosi do filmu pierwiastek komediowy. Nie można tego samego powiedzieć o ojcu Rycharskiego, który syna brutalnie odrzuca – w tej roli Andrzej Chyra, który, choć głównie milczy, wraca do swoich mrocznych korzeni, kiedy w Długu Komorniku grał ostatnie gnidy. Mamy też postaci archetypiczne, takie, które można by bez specjalnych modyfikacji wrzucić do dowolnego scenariusza. Pierwszą jest pogrążona w żałobie i wyparciu matka, która to rola poszerza emploi Jowity Budnik, drugą – postać niemająca chyba odpowiednika w prawdziwym świecie, warszawski kurator Karol grany przez podobnego nieco do Rondudy Jacka Poniedziałka.

Choć Wszystkie nasze strachy wywarły na mnie pozytywne wrażenie, nie mogę powiedzieć, żebym nie kupował zarzutów o brak pomysłu. Wspomniane filary tego dzieła, historia i zupełnie elitarna obsada, stwarzają bowiem bardzo komfortowe warunki do zrobienia dobrego filmu. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że stanowią filmowy odpowiednik dania instant – bierzesz, kręcisz, nagrody na festiwalach i oceny na Filmwebie powyżej 7/10 gwarantowane. Uważam, że twórcy spełnili swoją misję i udało im się wykreować obraz poruszający i wciągający, film ważny i patetyczny, ale daleki od niestrawności. Mam jednak pewien niedosyt i nie wiem, czy nie wolałbym tej historii zobaczyć w filmie dokumentalnym, albo chociaż w mniej oczywistej obsadzie.

Te wątpliwości nie zmieniają faktu, że warto Wszystkie nasze strachy obejrzeć choćby jako znak czasów. Nie wiemy, czy postępująca faszyzacja Polski zmierza do swojego szczytowego momentu i dalej już tylko lepiej, czy może jesteśmy na równi pochyłej, a przed nami otchłań. Tak czy inaczej, o obecnej tragedii osób LGBT, szczególnie tych tkwiących w społecznościach wyznających opresyjne wartości dyktowane przez Kościół, nie wolno nam zapomnieć. Nie wolno zapomnieć też o wszystkich Jezusach, niosących krzyż na przekór złowrogiemu systemowi, niezależnie od tego, czy są słynnymi artystami, czy zwykłymi obywatelkami. Jako takie świadectwo pamięci Wszystkie nasze strachy zdecydowanie się sprawdzają.

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.