Czy Sidney Lumet polubiłby polskiego Netflixa?

Pride month w pełni – miesiąc, który daje nam odrobinę polotu w tym smutnym kraju. Szczepienia i ogólna covidowa odwilż pozwolą wyjść na parady, a tęczowy kapitalizm mimo swego mrocznego rewersu opartego na wyzysku jest strawniejszy, niż środkowoeuropejska jesień praw człowieka. Jeśli nie możemy korzystać z walorów lata, zostaje nam zabijanie czasu wytworami popkultury. Przeglądając Netfliksa, nie trafimy na specjalnie świeże hity o tematyce LGBT+ – może z wyjątkiem niezbyt głośnego u nas Special, którego drugi sezon niedawno się ukazał. Kilka tygodni temu mieliśmy za to głośną premierę polskiego Sexify, serialu w mojej opinii rozczarowująco zachowawczego. Ogląda się go nieźle, forma jak najbardziej nadąża za globalną estetyczną wykładnią Netfliksa, ale postępowych treści jest tam jak na lekarstwo. Dwa zabiegi realizatorskie wybiły się w moich oczach ponad obraz serialowej papki. Odcinek wielkanocny, w którym twórcy przeplatają perypetie bohaterów z kadrami z “Potopu” to błyskotliwa zabawa z filmowym medium, jednak serce podbił boheter grany przez Sebastiana Stankiewicza. Sądząc po wielu recenzjach – nie tylko moje. Jak pisała Katarzyna Czajka-Kominiarczuk w swoim Zwierzu popkulturalnym  – reprezentacji w postaci geja, który nie jest szczuplutki, ani chłopięcy, to nawet na Zachodzie za bardzo nie mają. Uściślijmy, że chodzi o heteronormatywny mainstream, reprezentacje inne niż “gej – najlepszy przyjaciel kobiety”, czy w ogóle jakakolwiek tożsamość inna niż osoby hetero, oraz homoseksualni mężczyźni, są obecne w kinie od dekad, z tym, że raczej nie w tym najbardziej komercyjnym.

Pomyślmy o najbardziej “zachodnim” rynku – amerykańskim. Zanim czołowy serwis streamingowy stał się LGBT friendly, a Tajemnica Brokeback Mountain zdobyła trzy statuetki Akademii, twórcom globalnego mainstreamu zdarzało się podejmować temat tożsamości płciowej i seksualnej. Rozpoczęta w Stonewall rewolucja znalazła odzwierciedlenie w kinie środka. W kinie undergroundowym, które rozprowadzane nieoficjalnie i pozbawione przymusu rentowności, reprezentacja nieheteronormatywna mogła istnieć pomimo obowiązującego Kodeksu Haysa, silnie cenzurującego amerykańskie kino. Po jego upadku w latach sześćdziesiątych, twórcy głównego nurtu mogli pozwolić sobie na więcej.

Skorzystał z tego Sidney Lumet, znany z Dwunastu gniewnych ludzi. Miał już za sobą przejścia z cenzurą, przy produkcji Lombardzisty z 1965 – był to pierwszy amerykański film ukazujący Zagładę z perspektywy jej ofiary, co jako “ponury” temat utrudniło promocję i dystrybucję dzieła. Nie pomogło też ukazanie kobiecych piersi w pełnej krasie, ani uczynienie jednego z bohaterów osobą homoseksualną. Lombardzista wszedł jednak do kin, przecierając szlaki. Wspomniałem o kinie środka – na takie miano zasługuje bowiem Pieskie popołudnie. Film jest niby z gatunku prostych i przyjemnych, spełnia kryteria gatunku akcji, w dodatku podszytego nienachalną komedią. Gdyby to nie wystarczyło, by przyciągnąć widownię, asem w rękawie jest oparty na faktach scenariusz. Z drugiej strony, nie brak tu żyłki społecznej. Główny bohater, napadający na bank i biorący zakładników Sonny Wortzik, to nie pierwszy lepszy bandzior, lecz wrażliwy desperat. Obowiązkowo dla amerykańskiego kina lat siedemdziesiątych, jest weteranem z Wietnamu, w dodatku żonatym i z trójką dzieci. Skąd więc pomysł napadu? Otóż Sonny jest mężem nie tylko matki swojej dzieci, ale też trans kobiety imieniem Leon. Pieniądze z napadu nie są zaś przeznaczone na ucieczkę na rajskie wyspy, lecz na tranzycję Leona.

Jeśli oglądaliśmy Dwunastu gniewnych ludzi, znamy społecznikowskie nastawienie Lumeta. W filmie z 1957 roku reżyser ukazuje obrady ławy przysięgłych, w znacznej większości przekonanych do winy sądzonego czarnoskórego chłopca, i gotowych wydać go na śmierć. Początkowo wśród dwunastu mężczyzn tylko jeden dopuszcza niewinność podejrzanego, i przez półtorej godziny stara się przekonać pozostałych do swoich racji.

W Dwunastu… ofiara społecznej niesprawiedliwości jest jednak niema, pozostaje przedmiotem sporu odpowiedzialnych za jego los, skazanym na łaskę, lub niełaskę. W Pieskim popołudniu jest inaczej – dyskryminowany przez władzę, nieheteronormatywny Sonny bierze tu sprawy w swoje ręce. Jakby tego było mało, nie pozostaje dramatycznym śmiałkiem, porywającym się z karabinem i uzbrojonym kolegą na nowojorski bank – kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, a miejsce napadu zostaje otoczone, Sonny podburza tłum gapiów i ośmiesza policję, skandując Attica! – w nawiązaniu do krwawo stłumionego powstania w 1971 w więzieniu o tej nazwie.

Jak pisze Dem w komentarzu do swojej filmwebowej ocenyFilm, choć bardzo śmieszny, nie pozwala nam zapomnieć, że mamy do czynienia z ludźmi. Nie szydzi. Faktycznie, orientacja i tożsamość płciowa w żadnym momencie nie są tu obiektem drwin. Jedyny akt homofobii, w tamtych czasach raczej nieuniknionej, to subtelnie ukazana niechęć policjantów i części gapiów wobec osób queer, zbierających się pod bankiem, by wesprzeć sprawę Sonny’ego. Wydaje się ona jednak czysto dokumentalistyczna, i w żadnym stopniu nie wpływa na optykę Lumeta. Fakt, że bohaterowie są niehetero, a nawet trans, jest traktowany zupełnie naturalnie. Tworzy to wrażenie bardzo pozytywne, wręcz ożywcze, biorąc pod uwagę, że przez ponad cztery dekady od premiery filmu kinematografia będzie karmić widownię do bólu stereotypowymi wizerunkami osób nieheteronormatywnych, w dodatku zazwyczaj ograniczającymi się do homoseksualnych mężczyzn.

Bijąca z ekranu empatia jest efektem specyficznych metod pracy nad filmem. Al Pacino wspina się tu na wyżyny swoich gwiazdorskich możliwości – być może fakt, że cieszył się już powszechną rozpoznawalnością i sympatią, pomógł widzom oswoić się z jego nieheteronormatywnym bohaterem. Oswojenie to słowo klucz w pracy obsady. Aktorzy grający zakładników znali się jeszcze przed zdjęciami, bo występowali wraz z Pacino w nowojorskim teatrze (dla części był to filmowy debiut). Przed produkcją Pieskiego popołudnia spędzili też mnóstwo czasu na próbach, podczas których jedyny raz w swojej karierze Lumet zdecydował się pozwolić na aktorską improwizację. Kontynuował ten model pracy również przed kamerą, co zaowocowało wielką siłą przekonywania – aktor grający porywczego dowódcę policji faktycznie przejęzycza się w swoich tyradach, a Pacino improwizuje w pełnych napięcia rozmowach z bliskimi. Przejmujący brak rodzinnego porozumienia jest szczególnie widoczny w rozmowie Sonny’ego z matką. Grającej jej aktorce Lumet polecił trzymania się scenariusza za wszelką cenę, podczas gdy Pacino mówił, co mu ślina na język przyniosła. Trzymając się motywu cielesnych wydzielin – podobnie, jak Dwunastu gniewnych…, Pieskie popołudnie rozgrywa się w nieznośnym upale. Ponieważ film kręcono chłodną jesienią, obfity pot na aktorach jest całkowicie sztuczny. Lumet nauczył się sam go produkować z wody i gliceryny, a następnie nakładać – nie ufał charakteryzatorom, a naukę wyniósł właśnie z Dwunastu.

Sprawnie nakręcony, wrażliwy i zabawny film odniósł należyty sukces. Solidnie wynagrodzeni zostali bohaterowie prawdziwych wydarzeń z 1972 roku, kiedy pierwowzór Sonny’ego, John Wojtowicz, napadł na bank. On i jego zakładnicy pomogli w pisaniu scenariusza, a Wojtowicz część gaży wydał na operację korekty płci Elizabeth Eden, której odpowiednikiem był filmowy Leon.
Pieskiemu popołudniu trudno przykleić etykietę filmu queerowego. Nie jest nim ani estetycznie, ani w treści – choć postać Sonny’ego jest psychologicznie pogłębiona, jego seksualność nie wybija w żadnym momencie na pierwszy plan. Mimo to naturalność queerowych postaci jest tu ujmująca. Podobnie jak bohater Sebastiana Stankiewicza z Sexify, to zwyczajni ludzie, a nie żadna ideologia. Zarówno amerykańskiego klasyka, jak polską świeżynkę warto obejrzeć, by należycie obejść miesiąc dumy w homofobicznym kraju.

Magazyn malkontent

magazyn kultury, sztuki, teatru i rozmów.

Kup teraz swoją kopię!

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.