Carrie Bradshaw jest zmęczona – „Wyślę mu nudesa” Marty Nadolle

Nadolle tworzy pod hasłem „feminizmu domowego” – nie zobaczymy tutaj aktywistycznych postulatów ani rewolucyjnych haseł, a raczej przyziemne codzienne sytuacje, z którymi mierzy się każda osoba kobieca.

Marta Nadolle jest absolwentką gdańskiej i warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Artystka mieszka i pracuje w Warszawie, jednak wystawa jej obrazów pt. Wyślę mu nudesa odbywa się w Galerii Dobro w Olsztynie. Zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na jej wernisaż podczas tygodniowego wyjazdu, który był nastawiony raczej na rekreację niż obcowanie ze sztuką. Trzeba przyznać, że Galeria Dobro umie w promocję – materiały promocyjne widać w każdym zakątku Olsztyna, a bezkompromisowy tytuł zwraca uwagę. Nie mogłyśmy sobie odpuścić takiej okazji – jak się okazało, słusznie. Wystawa opisuje nasze życie w stopniu dużo większym, niż się spodziewałyśmy.

Nadolle otwarcie mówi, że w swojej twórczości to ona jest główną bohaterką, jednak próbuje opowiedzieć o czymś więcej niż osobistych rozterkach. Tak, jak reżyser kręci film o bohaterze, poruszając uniwersalny problem, tak artystka stara się zawrzeć w swojej twórczości szerszy przekaz. Pomimo bardzo autobiograficznych inspiracji – tytułami obrazów są zdania, które artystka wypowiedziała, pomyślała lub usłyszała w codziennym życiu – Nadolle udało się wyjść poza ograniczoną perspektywę prywatnych anegdot.

Medium artystki jest głównie malarstwo. Na wystawie nie brak jednak form rzeźbiarskich, jest też obraz stworzony z kulek bibuły inspirowany sztuką gobelinów. Nadolle umieściła swoje alter ego na każdym z obrazów – młodą kobietę w dużym mieście, która próbuje się odnaleźć we współczesnym świecie. Z jednej strony ucieka przed samotnością i marzy o idealnej miłości, która od dzieciństwa jawiła się jako spełnienie marzeń, z drugiej strony zależy jej na niezależności, spełnieniu zawodowym, edukacji i wyzwoleniu się spod patriarchalnych schematów. Jest tu refleksja nad macierzyństwem, rozczarowanie współczesnymi związkami, mierzenie się z codziennym seksizmem, nieudane relacje rodzinne, rozczarowanie życiem w stolicy, politykę, która wchodzi w prywatne życie oraz próbę sprostania opresyjnym kryteriom „bycia kobietą”. Artystka nazwała swoją twórczość sztuką w nurcie „feminizmu domowego” – nie zobaczymy tutaj aktywistycznych postulatów ani rewolucyjnych haseł, a raczej przyziemne codzienne sytuacje, z którymi mierzy się każda osoba kobieca. Niektóre obrazy są przygnębiające, inne zabawne, a niektóre napawają nadzieją.

Wystawa nie jest duża, co pozwala przyjrzeć się dokładnie każdemu dziełu. Nietrudno odnaleźć siebie w tych sytuacjach, jeśli jest się kobietą między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. Marta Nadolle zdaje się pytać siebie i swoich odbiorców: „czego właściwie chcemy od życia?”. Jak to zazwyczaj bywa – odpowiedzi musimy szukać nie w wystawie Nadolle, lecz w sobie.

Magazyn malkontent

magazyn kultury, sztuki, teatru i rozmów.

Kup teraz swoją kopię!

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.