Anne-Imhof – Natures-Mortes

fot. Nadine Fraczkowski

Gdy ksiądz przyśpiewuje w kościele rzadko trafia w dźwięki, a jednak ceremonia nie odbywa się bez śpiewu.

Osiem seansów. Czwartek piątek sobota niedziela. Pauza. Czwartek piątek sobota niedziela. Koniec. Wystawa Carte blanche à Anne Imhof, Natures Mortes1 kończy się wraz z ostatnim performansem. Dwudziestego czwartego października.

Seans performerski trwa ponad cztery godziny. Odbywa się we wszystkich przestrzeniach Palais de Tokyo, a także w fontannie na dziedzińcu, która oddziela Pałac od Musée d’Art Moderne de Paris. Dziedziniec jest przestrzenią deskorolkarzy i deskorolkarek.

Masa ludzi, właściwie nie da się zobaczyć performansu w całości. Jeśli kogoś to frustruje (FOMO o cholerka!), to frustruje od pięty aż po nos, od początku seansu aż do jego końca. Ktokolwiek myśli, że wszystko można zobaczyć – wszystko zobaczyć! – boleśnie przekonuje się o swojej ignorancji. Performans – polifonicznie – rozgrywał się tu-tam-i-naraz-trochę-wszędzie. Performerki i performerów śledzi się, goni, odkrywa za rogiem, maszeruje przed-między-obok, opuszcza, niechcący dotyka ramionkiem, stuka pośladkiem w półkolu, w szeregu, w chaosie ciał.

Eliza Douglas, numéro 1 „Martwych Natur”, główna performerka, kompozytorka muzy i najbliższa współtwórczyni Anny Imhof ma wielki tiszert, szerokie dżinsy i masywne buty z ostrym czubem. Anna Imhof pojawia się gdzieś z boku, ze słuchawką w uchu, dyryguje spektaklem. Dyryguje spektaklem-performerkami, dyryguje spektaklem-masą publicznościową, nieświadomą nadchodzących zdarzeń, rozwleczoną na wszystkie strony. Masa, masa!

Wraz z Elizą poruszają się po Pałacu ludzie-sylwetki2, których imion nie znamy. Możemy jedynie poznać je później po tagach na Instagramie. Sylwetek jest koło dziesiątki, nie wiem wcale ile, może trochę mniej, może trochę więcej. Może nawet piętnaście. To wcale nie jest ostatecznie ważne. Piękna ta młodzież, to jest ważne! To jest młoda młodzież wybrana do przygotowania procesji performatywnej, silna ekipa sylwet ludzkich, przez Annę Imhof usakralnianych w ruchu. Ekipa śpiewa, wygina się, ślizga, gra na elektronicznej gitarze, krzyczy, biegnie, jeździ na głośniku i deskorolce. To jest młodzież niepryszczata, piękne tableaux vivants w koszulkach piłkarskich, koszykarskich, w tiszertach z heavymetalowymi napisami, wizerunkami groźnych psów, dzikich kotów.

Spektakle Anny Imhof to jak koncert Vivaldiego na polu bokserskim. Polu o dziesięciu tysiącach metrów kwadratowych – polu Pałacu. Performanse Anny Imhof to wielki – jeden – obraz, niepłaski, ruchomy, majestatyczny. Ciążą ku rytuałowi, ku laickiemu, sakralnemu wizualno-muzycznemu martwieniu (umartwianiu) rzeczy i postaci. Anna nazywa to heterotopią (wiwat Foucault, kto nie powołuje się na Foucault w sztuce ten nie zwycięża) i ruchem kafkowskim bez przyczyny i bez rozpoczęcia. To jest gra performatywna w ciało i w symbol. W ciało z ciałem i bez ciała.

To wszystko brzmi niezrozumiale – bo to wszystko jest niezrozumiałe. Byłam tam, tego pierwszego dnia performansu, byłam też dwa lata wcześniej na innym jej, o wiele krótszym koncercie o tytule „Vape Music” w Musée d’Art Moderne, powinnam coś rozumieć, powinnam umieć wytłumaczyć. Skoro piszę ten tekst, żeby go ktoś przeczytał, spróbuję racjonalnie opowiedzieć o tym performansie jeszcze raz, przechodząc osobisty proces „rozumienia lepiej”. Trudne zadanie, nawet w Le Monde dziennikarka nie napisała nic konkretnego, rzucając się na falę prasowej pół-poezji historyczno-sztucznej.

Anne Imhof jest artystką niemiecką, pracuje między Berlinem a Nowym Jorkiem. W 2017 zdobyła Złotego Lwa na pięćdziesiątym siódmym Biennale weneckim dzięki performansie „FAUST”. Od kilku lat działa ze swoją partnerką oraz główną performerką i kompozytorką muzycznych zdarzeń – Elizą Douglas. Towarzyszy im nierzadko Nadine Fraczkowski – fotografka prawie osobista Anny Imhof, Josh Johnson, Frances Chiaverini i Mickey Mahar – artyści, choreografowie i tancerze.

W maju 2021 roku Anna Imhof otworzyła swoją osobistą niemonograficzną wystawę w Palais de Tokyo – muzeum sztuki współczesnej – prowadzonym przez Emmę Lavigne, która wraz z Vittorią Matarrese, szefową działu sztuk performatywnych, wykuratorowała wystawę.

Gdy piszę niemonograficzną mam na myśli fakt, że – pomijając obrazy, muzykę i instalacje Imhof i Douglas, a także zaprojektowanie przestrzeni, tj. wyburzenie murów i odsłonięcie konstrukcji Pałacu na potrzeby wystawy – eksponowane są dzieła innych twórców i twórczyń. 

Wystawę dogrywają gorrrrące nazwiska sztuki, mniej lub bardziej żyjące: Alvin Baltrop, Mohamed Bourouissa, Trisha Donnelly, Cyprien Gaillard, David Hammons, Mike Kelley, Jutta Koether, Klara Lidèn, Gordon Matta-Clark, Joan Mitchell, Oscar Murillo, Cady Noland, Precious Okoyomon, Francis Picabia, Sigmar Polke, Paul B. Preciado, Bunny Rogers, Sturtevant, Yung Tatu, Wolfgang Tillmans, Rosemarie Trockel, Cy Twombly, Adrián Villar Rojas.

Przestrzeń może robić, robi wrażenie. To w końcu dziesięć tysięcy metrów kwadratowych muzealnego spaceru. Jest tu właściwie pusto, to szaleńcza wystawiennicza pustka. I na performans właśnie to (nie-)miejsce czekało, w nie(-małym) zawieszeniu, od 22 maja (końca muzealniczego francuskiego lockdownu) do października dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Gdy przyszła jesień, przyszedł czas na performans, tłumaczący tą przestrzeń i nadający jej jakieś znaczenie.

Naciskam na słowo „jakieś”, ono ma tu znaczenie, bo – ocenicie same jak bardzo wpisuje się to w łatwy relatywizm – nic nie jest do końca przedstawione i powiedziane. Można szukać sensu w kilku wykrzykiwanych zdaniach, w kilku słowach zasłyszanych, wybijających się na powierzchnię ze stref głuchych dźwięków. Anna Imhof zamieniła Pałac w „jakieś”-miejsce, świat prawie-poza. Powtórzę: świat ten jest jakiś i niejakiś.

Performans zaczyna się na dziedzińcu. Nigdy tak samo. Pierwszego dnia, czternastego października przed masą czekającą na wejście do Pałacu pojawia się kilka sylwetek (tj. performerek, choreografek, tancerek, artystek) wraz z Elizą Douglas. Jedna pojawia się na motorze i jeździ w kółko, robiąc hałas typowy temu pojazdowi przed publicznością. Potem sylwetki wchodzą do muzeum, a za nimi – pojedynczo więc i w wolnym tempie – tłum.

Dzieje się wiele rzeczy; wiele rzeczy i wielu rzeczy nie można dojrzeć zobaczyć usłyszeć. Linearność zostaje zawieszona. Dzieje się wiele rzeczy i trzeba nienerwowo wybrać te, które się dojrzy zobaczy usłyszy. 

W Pałacu rozebrane są ściany, Pałac jest rodzajem szkieletu, niedokończoną konstrukcją, gołym murem, wystającą cegłą spod tynku. Wystawa składa się z kilku kluczowych punktów i elementów, które współgrają z tym architektonicznym rozebraniem. W przestrzeni pierwszego piętra (które stanowi zawsze pierwszy poziom wystawy) jest instalacja „Passage” – korytarz szyb, na których odciśnięte jest piętno turyńskiego graffiti. Imhof odzyskała te szyby po przyszykowanej pod rozwałkę włoskiej fabryce. To tym korytarzem, po pierwszym powitalnym zaśpiewie i recytacjach Elizy, poruszają się – a właściwie prawie pełzają po ziemi – sylwetki-performerki. W tym samym czasie Eliza śpiewa.

Gdy podnosi się głowę do góry, trafia się wzrokiem na specjalnie zaprojektowany przez Imhof i Douglas owalny stelaż, na którym zawieszone są poruszające się głośniki. Tak jak performerki, dźwięk porusza się i nigdy nie jest jednostajny, głowy i uszy publicznościowe słyszą różne dzięki, jakieś dźwięki, muzykę i śpiew, krzyk Elizy. Douglas przemieściła się, teraz stoi na barierce, znowu śpiewa, kuca, podnosi się, prostuje, intonuje, trochę fałszuje swoim niskim, ciężkim głosem. Gdy ostatecznie sylwetki doczołgują się do niej, ona rusza dalej, w głąb pierwszego piętra, śpiewa, kluczy, krząta się, krzyczy.

Sylwetki nawzajem noszą się na rękach, ramionach. Eliza zbiega po kolejnych schodach w dół, zostawia w tyle performerki i publiczność. Jest już na dole, zmierza ku kolejnemu elementowi – tzw. zaprojektowanemu przez Imhof „Dive Board”, nazywanym także „high-bed”3, wchodzi po drabinie i siada. Czeka aż cała ta wolna masa publicznościowa dołączy do niej na parterze i będzie gotowa na dalsze nielinearne obserwacje performansu.

Jesteśmy więc na parterze, na poziomie wielkich okien, które wychodzą na wewnętrzny dziedziniec z fontanną-oczkiem wodnym. Jest tu kolejna instalacja – „Track”. Na przeciw stalowego „Dive Board” są dwie barierki, tworzące długi, kurczący się pasaż-korytarz, który przypominać ma z jednej strony drążki baletowe, z drugiej ogrodzenie. Taki korytarz u swojego początku jest bardzo szeroki a u końca cienki. Stanowi on pewien kłopot poznawczy – łatwo jest nie zauważyć, że się zwęża. Jeśli przejdzie się przez niego nieuważnie, dopiero na końcu trafia się w pułapkę – otóż prawie nie da się z niego wydostać.

Eliza znowu zaczyna śpiewać, sylwetki są już na parterze, ale rozpierzchają się po całej ogromnej przestrzeni Pałacu. W międzyczasie zauważamy, że część z nich wyszła przez wyjście awaryjne na dziedziniec przemaszerować i przepełzać w oczku wodnym dziedzińca (przejść przez performatywny Styks, hej!). Tu i teraz zaczyna się tak naprawdę ta wizualna polifonia i obowiązek podejmowania decyzji – gdzie pójść, co usłyszeć, co zobaczyć, kogo śledzić, przed kogo się wepchnąć, czy stanąć na palcach czy usiąść na schodkach.

Ziomy performerskie są już właściwie wszędzie. Jest ziom na motorze w VRowej masce, jest ziom z elektryczną gitarą, który porusza się, coś nuci, wygląda na bardzo zaniepokojonego, są ziomy, które robią slalom między publicznością na deskorolkach wzdłuż pałacowego korytarza, jest ziom, który leży na innym, równoległym do pierwszego „wysokim łóżku-skoczni”. Inny ziom siedzi w ograniczonej ciemnymi, turyńskimi szybami przestrzeni i wapuje (vape), inne ziomy, w tym labiryncie szyb, przebierają się po styksowej kąpieli, zmieniają sportowe koszulki, jedna z nich tapla się w prowizorycznym brodziku z wodą, nakrapiając sobie na długie włosy wodę z białego baniaka. Takich baniaków później będzie więcej i woda znowu będzie stanowić istotną rolę. Był Styks, teraz jest chrzest, będzie przechrzczenie, oczyszczenie? Co będzie?

Nadchodzi performatywna procesja, pogrzeb. Sylwetki noszą się wzajemnie na niskich – tym razem – metalowych łóżkach lub na rękach. Nowocześni pielgrzymi, transportują głośnik od sali do sali, jak w Polsce Matkę Boską od parafii do parafii. Muzyka wciąż się porusza. Sylwetki pełzają, ślizgają się, bardzo wolno, w grupie, pięciu, trzech, sześciu, jakoś tak. I Eliza Douglas również przemieszcza się do jeszcze innej, dalszej przestrzeni ograniczonej przyciemnianymi, labiryntycznymi szybami. Siada na typowo szatniarskiej ławce. Ziom obok, ten sam co wcześniej, dalej wapuje. 

Przeszłyśmy już sporą część Pałacu, minęły jakieś dwie godziny, dwie i pół. Wokół nas znajdują się dzieła innych artystów, które w swojej estetyczno-wizualnej zadumie dopełniają performans. Jest otwarta lodówka wypełniona umierającymi owocami i warzywami Adriána Villar Rojas, wielkoformatowe panele-obrazy Sigmara Polke. W oddali gdzieś Wolfgang Tillmans i Joan Mitchell snują się obrazem w mroku atmosfery pałacowej heterotopii.

Trudno to wszystko nazwać, te obiekty, te przestrzenie, te choreografie nie mają swoich odpowiedników w realnym życiu. Obiekty przypominają rzeczywiste przedmioty, ale są od nich dalekie. W rozwizualnionym świecie bardzo łatwo jest pokazać ich dokumentację fotograficzną i powiedzieć „Oto to! To jest to-to”, bardzo trudno natomiast opisać słowem, słowne to-to nie może wystarczyć.

Performerzy i performerki igrają z publicznością, ocierają się o nią niby przypadkiem, przepychają się, ustawiają ją w półkole, w koło, w nitkę. Maszerują, biegają, zawieszają w pozach. Gdyby patrzeć na nich z lotu ptaka można by zobaczyć cielesny, ruchomy obraz. Eliza podnosi koszulkę, ukazuje pierś. Jest transportowana na głośniku przez tego zioma, co ciągle wapuje. Jest wysoka i ponad wszystkich; stoi na tym wielkim głośniku, a publiczność dostrzega jej skamieniałą twarz. Docierają do sceny.

Zaczyna się heavymetalowy koncert. Do sylwetek i Elizy, frontmanki zapieprzającej na elektrycznej gitarze dołącza perkusista. Scena – moshpit – ma dwie części, główną i wyższą – dla Elizy i Iggora Cavalery, i niższą dla reszty sylwetek. Te sylwetki tam właśnie gromadzą się i swoje wydziwiają. Siadają, kładą się, schodzą, wchodzą, wpychają się w tłum publiczności, przepychają się, wyginają, rozrzucają ręce i nogi. Może to pogo? Pogo! Mosh.

A potem schodzimy jeszcze niżej, w głąb niekończącego się Pałacu, w podziemia. Tam znowu będzie się dziać wiele rzeczy. Wiele rzeczy, wielu rzeczy nie sposób dojrzeć. Tam muzyka również będzie istotna. Głośniki wybijać będą jak dzwony ciężki rytm, Eliza będzie śpiewać i polewać ręce, usta, język, szyję i nagie piersi gorącym woskiem świeczek. W oddali Iggor usiądzie przy drugiej perkusji i będzie napieprzać swoje tak, że talerze będą odpadać i toczyć się po ziemi. Sami ochroniarze wydarzenia nie będą wiedzieć, czy to tak specjalnie ma być, czy lepiej podejść i pomóc zamontować talerz na nowo.

Ziomy-sylwetki dołączą do podziemi. Wapujący performer przyśpiewa z Elizą „People Are Strange”, niosąc pod pachą wypchaną figurkę małego wilka. Inny – piękny – ziom usiądzie na plastikowym, białym krześle (takim – wszyscy wiecie – typowym białym, afirmującym plastik najtańszy) i zaklejać się będzie srebrną, szeroką, budowniczą taśmą. Inne sylwetki powrócą do białych baniaków z wodą, do tych białych baniaków, co wcześniej na górze, i które przypominają mi baniaki wody destylowanej – moja mama używała takiej do prasowania ubrań. Ale nie będę mogła tego wszystkiego obejrzeć dalej, bo po ponad trzech godzinach pozostawania w tym samym miejscu będę musiała uspokoić kiepskie nerwy w pałacowej toalecie.

Potem znowu wyjdziemy na powierzchnię parteru, żeby posłuchać ostatnich ciężkich dźwięków, zobaczyć ostatnie pogo-pozy w pałacowych kręgach i rozejść się przed północą do domów w zadumie w roztrzepaniu w zamęcie w zapytaniu i zamruczeniu „hmm?”.

Eliza Douglas w wywiadzie z kuratorką poproszona o skomentowanie tytułu, powiedziała, że ona sama nie wie do końca. Że to był osobisty wybór Anny, ale że dla niej te natury martwe, to są żywe natury martwe.

Żywe-martwe to rzeczywiście może być punkt wyjścia do interpretowania tych „wielu rzeczy” zadzianych podczas performansu. Sylwetki-ziomy-performerzy, jakkolwiek ich nie nazwać, są na wpół prawdziwi, na wpół żywi, na wpół obecni. Publiczność także jest niekoniecznie w pełni żywa, to zagubiona, zahipnotyzowana i zmęczona grupa ludzi, bez której performans jako forma artystyczna, jeśli zostanie zarejestrowany, może spokojnie istnieć.

A mimo to performatywne „Natures Mortes” zawierają w sobie pierwiastek czegoś, co można nazwać żywym. Performerki, do wypełnienia zimnej przestrzeni Palais de Tokyo, rozebranego do konstrukcyjnych kości, publiczności potrzebują. To właśnie ich kolektywny, abstrakcyjny gest ponadmalarski angażuje tą zdezorientowaną grupę ludzi, będącą – pomimo swojej bezsilności wynikłej z potrzeby zobaczenia wszystkiego – ogromnym ciałem.

Ale powracając jeszcze do śmierci – w performans wpleciony jest element wizualnego umierania. Poruszanie się sylwetek w głąb Pałacu jest zdemistyfikowanym pogrzebem „czegoś”, co jest „jakieś”. Krótkie łóżka są jak łóżka polowe, szpitalne, takie z ambulansu, z wypadku. Długie łóżka-skocznie przypominają konstrukcje więzienne, miejsca wiecznej izolacji a całość, generalnie sprawia wrażenie laickiego wpiekłowstąpienia.

Martwe Natury to ceremonia między żywym a umierającym: niekościelna, heavy-metalowa, ironiczna, zimna, taka może nie-do-tłumaczenia?

  1. „Carte Blanche dla Anny Imhof. Martwe Natury.”
  2.  Będę zamiennie używać terminów: performerka, sylwetka, ziomy (w różnych osobach, męskiej i żeńskiej, w liczbie pojedynczej lub mnogiej).
  3. „Dive Boards” i „High-beds” to typowe w twórczości Anny Imhof stalowe konstrukcje, coś na kształt platform, na które wchodzi się po drabince. Są mniej („High-beds”) lub bardziej („Dive Boards”) wysokie i szerokie. Performerzy mogą na nich stać, siedzieć, leżeć. Właściwie robić cokolwiek.

magazyn malkontent

Nowy numer 3/21 już dostępny online oraz w salonach EMPiK

Nasze inne posty

Towarzystwo „Zniechęty” Sztuk Pięknych

Uwolniony od jarzma ministrowania sportem Piotr Gliński ma znowu okazję do nadania kulturze „dobrozmiennych” walorów. Wiedzieliśmy od dawna, że w budynku przy Małachowskiego nie ostanie się na kolejną kadencję dyrektorka Hanna Wróblewska.

Read More »

Nie przegap nowych artykułów

Zapisz się na nasz newsletter.

Ta strona korzysta z plików cookies. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.